Cześć, cześć i czołem! Jeśli myśleliście, że pół roku temu widzieliście mnie po raz ostatni, wasze nadzieje były złudne nie musicie się już bać! Mój wewnętrzny masochizm oraz niechęć do wycierania sobie ust tudzież klawiatury postaciami LGBT+ oraz POC (tak, Rowling, na ciebie też teraz patrzę) sprawiają, że zawsze, ale to ZAWSZE wrócę na tego bloga. Ale mniej o mnie, więcej o przyszłości.
Oficjalnie ogłaszam październik miesiącem materiałów dodatkowych. Tych, które obiecałam w innym życiu ostatniej notce. Ponieważ jednak lolcontentu wystarczy na zaledwie trzy tygodnie, ostatni wpis tego miesiąca pojawi się dokładnie w Halloween, albowiem prolog drugiego tomu jest tak nieskończenie mroczny, że nie mogę sobie tego odmówić.
Co zaś się tyczy naszej dzisiejszej przygody… otóż Cassie lubi publikować na swojej stronie za darmo, a później dorzucać do książek w drogich kolekcjonerskich wydaniach fragmenty, które zostały usunięte w czasie edycji jej opus magnum. Przynajmniej tak można wnioskować, skoro nazywa je „scenami usuniętymi”, nazwa jest jednak nieco myląca. Niektóre, bardzo nieliczne ustępy rzeczywiście wyleciały zapewne z powieści w trakcie domniemanej redakcji, jednak część to typowe blogaskowe „oczami Tru Loffa”. „Miasto Kości” posiada takich bonusów pięć:
- pierwotny prolog;
- scena oczami Magnusa;
- pocałunek Płowca i Eklerki z punktu widzenia Jacusia;
- kolaboracja z psiapsiółą Cassie;
- ponownie, Płowcy Buc opisujący nam ze swojej perspektywy pierwsze spotkanie z Eklerką.
Wszystko to brzmi szalenie fascynująco, ja wiem, jednakże czynniki zewnętrzne sprawiły, że zajmiemy się dziś jedynie trzema z wymienionych scenek. Na pierwszy ogień do odstrzału trafiło pięć minut Magnusa, gdyż dodatek ten ujrzał światło dzienne po raz pierwszy w serii „Diabelskie Maszyny”, gdy Cassie wpadła na genialny pomysł połączenia ze sobą dwóch serii w wielką Sagę o Pięknych Bucach. W związku z tym, ci z was, którzy nie znają Tessy Gray (i chwała wam za to), nie daliby scenie faka. Jeśli dobrnę kiedyś do momentu, gdzie Tessę rzeczywiście poznamy, nie omieszkam wówczas wrócić do tego fragmentu. Ku własnemu ogromnemu ubolewaniu, musiałam również odrzucić pierwsze spotkanie rodzeństwa McBuc z perspektywy Płowca. Dlaczego? Otóż znajduje się ono w jubileuszowej edycji „Miasta Kości” i, poza urywkiem udostępnionym przez Cassie tutaj, nie sposób tego odszukać w internetach. Ponieważ, jak zapewne się domyślacie, nie jestem na tyle zagorzałym hejterem, aby wydawać miliony monet na coś, czego nie cierpię i uważam za jedną wielką promocję bucery oraz toksycznych związków, musiałam spasować.
Nie rońcie jednak łez! Pozostają nam do analizy aż trzy fragmenty, które może nie porywają, ale z pewnością przypomną wam, z jakim rodzajem contentu mamy tutaj do czynienia. Rzecz jasna, rozpoczynamy od prologu, który miał otwierać caluśką serię. Myślę, że nie będzie wątpliwości, dlaczego ostatecznie nie pojawił się w powieści. Według mnie – i myślę, że przyznacie mi rację – jest to najbardziej blogaskowy tekst, jaki kiedykolwiek pojawił się na tej stronie w całej dotychczasowej historii analizy.
(Z uwag technicznych: prolog można znaleźć tutaj, po internetach zaś krąży fanowskie tłumaczenie, którego niestety chyba nie można przeczytać bez logowania, więc jeśli ktoś jest ciekaw, tutaj znajdują się screeny. Ponieważ jednak moją intencją nie jest znęcanie się nad dzieciakami, które chciały jakoś pomóc innym fankom ulubionej książki, zdecydowałam się na przetłumaczenie tekstu samodzielnie, zachowując styl (oraz pewne błędy stylistyczne) oryginału. By się nie powtarzać: pozostałe tłumaczenia również są mojego autorstwa).
Wita nas odautorska notka Cassie i jeśli nie czujecie powiewu nostalgii rodem z wczesnych onetowych blogasków, to czy w ogóle urodziliście się przed dwutysięcznym rokiem?
Notka autorki: Początkowo był to prolog „Miasta Kości”. Chciałam opowiedzieć kawałek historii z punktu widzenia Jace’a, ale gdy zabrnęłam dalej w fabułę, zrozumiałam, że lepiej zrobię, jeśli będziemy go obserwować głównie z perspektywy Clary. To uczyni go bardziej tajemniczym, a tajemnicze postacie zawsze są fajne.
Hmpf. Wiesz co, Cassie, nasze pojęcia tajemniczości chyba się różnią, skoro Jacusiowi wystarczył byle pretekst, aby zacząć z siebie wypluwać fragmenty swej tragicznej historii GDZIEŚ W JEDENASTYM ROZDZIALE PIERWSZEGO TOMU. Ale może chodzi ci o tę tajemnicę, jak daleko Płowiec jest w stanie się posunąć w typowych zachowaniach przemocowca, zanim uzna, że okej, już wystarczy.
Znaki na jego skórze opowiadały historię jego życia. Jace Wayland zawsze był z nich dumny. Niektórzy młodzi ludzie w Clave nie przepadali za szpecącymi czarnymi symbolami, nie lubili palącego bólu przytkniętej do skóry steli, nie lubili koszmarów przychodzących, gdy zbyt potężne runy zostały wytatuowane na ciele kogoś, kto nie był jeszcze gotów. Jace im nie współczuł. To ich wina, że nie byli silniejsi.
To jest dosłownie cały pierwszy akapit prologu, a ja już doskonale rozumiem, dlaczego jakikolwiek edytor mógłby nieśmiało zasugerować wywalenie takiego wstępu i zapomnienie o nim raz na zawsze. Nawet gdybym nie znała Jacusia, właśnie ujrzałabym własne oczodoły z powodu najsoczystszego rolleye’a w życiu. Ach, same mięczaki w tym Clave. Ach, te runy takie mroczne i niebezpieczne. Ach, ten Jacuś taki silny i męski.
On zawsze był silny.
Musiał być.
Rola Tru Loffa zobowiązuje.
Większość chłopców otrzymywała pierwsze Znaki, kiedy kończyli piętnaście lat. Alec miał trzynaście i uznawano to za bardzo młody wiek. Jace miał dziewięć.
Aha, Cassie napisała prolog przed trzecim rozdziałem i jeszcze nie wie, że dzieci otrzymują runę! Albo nie pamięta. Patrząc na rewelacje Luke’a o Klubie Frajerów, stawiałabym na to drugie.
+ Najwyraźniej dziewczynki otrzymywały pierwsze runy w innym wieku.
Jego ojciec wypalił Znaki na jego skórze z pomocą steli wyrzeźbionej w kości słoniowej. Spisał runami jego prawdziwe imię, a oprócz tego inne rzeczy.
Na przykład listę zakupów, przepis na spaghetti autorstwa ukochanej babci oraz login i hasło na maila.
— Teraz jesteś mężczyzną — powiedział mu ojciec. Tamtej nocy Jace śnił o miastach ze złota i krwi, wysokich wieżach z kości, ostrych niczym odłamki szkła. Miał prawie dziesięć lat i nigdy nie widział miasta.
Nie wiem, czy śmiać się, że Płowiec rzeczywiście był jednak w buszu chowany, czy przypomnieć, jak się chwalił, ile świata już nie zobaczył z ojcem jako dziesięciolatek. Wybierzcie sobie opcję, którą wolicie.
— Co z demonami? Też krwawią na czerwono?
— Niektóre tak. Niektóre krwawią rzadką krwią, zieloną niczym trucizna, a inne srebrną lub czarną. Tu mam bliznę po demonie, który krwawił kwaśną krwią koloru szafirów.
Jace wpatrywał się w bliznę ojca zdumiony.
— I zabiłeś wiele demonów?
— Zabiłem — powiedział ojciec. — I, pewnego dnia, ty też zabijesz. Urodziłeś się, by zabijać demony, Jace. Masz to w kościach.
Valentine musiał się poczuć strasznie zawiedziony, gdy miał wreszcie okazję zobaczyć Jacusia w akcji.
Minęły lata, nim Jace po raz pierwszy zobaczył demona, a jego ojciec był już wtedy martwy od kilku lat. Odsunął teraz koszulkę i spojrzał na bliznę w miejscu, gdzie podrapał go pierwszy demon. Cztery równoległe ślady pazurów, które biegły od mostka do ramienia, gdzie jego ojciec wytatuował mu runy czyniące go szybkim, silnym i niewidzialnym dla oczu Przyziemnych.
No tak, prawdziwy ideał z YA ma zarówno tatuaże, JAK I blizny. I właściwie ile lat minęło…? Bo zastanawiam się, kiedy konkretnie Jacuś zaczął nabywać to doświadczenie, za które wszyscy go opiewają jako nadzieję Nefilim.
Prędki jak wiatr, silny jak ziemia, cichy jak las, niewidzialny jak woda.
Jak szalona rzeka, jak tajfun, który obalił mur, a jednocześnie tak tajemniczy, jak księżyc, co wygląda tu zza chmur…
Jace pomyślał o dziewczynie ze swoich snów, tej z kręconymi, szkarłatnymi włosami. W śnie nie był dla niej niewidoczny. Patrzyła na niego z czymś więcej niż świadomością; w jej oczach było zrozumienie, jakby był jej znajomy. Ale jak ludzka dziewczyna mogłaby go dostrzec poprzez jego urok?
Czy ja naprawdę widzę opis głównej bohaterki oczami Tru Loffa, bez podkreślania tysiąc razy, jaka ona piękna? Czy ja mam dziś urodziny? Czy po prostu wszystkie lukrowane opisy w tej części Jacuś dostał na wyłączność?
Obudził się drżąc, zimny jakby zdjęto z niego skórę. To było przerażające, czuć się tak odsłoniętym, bardziej przerażające niż jakikolwiek demon.
Totalnie brzmi jak facet, który opowiada znanej jakieś trzy dni dziewczynie całą swoją historię. Totalnie. Może wyczuł wówczas, że łączy ich rodzinna więź i się ośmielił.
Znaki, których żadne ludzkie oko nie mogło dostrzec – co go cieszyło, gdy myślał o dziewczynie ze snu, sposobie, w jaki na niego patrzyła, jakby niczym się od niej nie różnił.
No tak, czy istnieje coś gorszego niż utrata statusu najbardziej wyjątkowego ze wszystkich płatków śniegu? Nie sądzę. Jacuś też nie.
Odarte ze swojej magii, Znaki na jego ciele były w końcu tylko znakami, bez żadnej mocy większej niż blizny na jego nadgarstkach i piersi, lub tej głębokiej blizny na sercu, gdzie dźgnął go morderca ojca, gdy miał dziesięć lat.
Dźwięk jego imienia wyrwał go z zamyślenia. Wołali go z korytarza, Alec i Isabelle, niecierpliwi, głodni polowania i zabijania.
Brzmi jak najdoskonalsza z charakterystyk. Szczególnie Aleca. Ten to już nóżkami na pewno przebierał z niecierpliwości.
Jacuś dołącza do przybranego rodzeństwa i na tym kończy się prolog. Który, jasna cholera, NIE MA NAWET JEDNEJ STRONY W WORDZIE. I dzieje się jakieś pół godziny przed pierwszym rozdziałem. I stanowi głównie pseudofilozoficzne rozważania Jacusia na temat jego własnej zajebistości. Jeśli istnieje coś bardziej blogaskowego to, proszę, pokażcie mi.
+ Ja wiem, że w przypadku pisaniny Cassie to nie jest nic nowego, ale ten prolog jest NUDNY. Tak porażająco pozbawiony czegokolwiek, co zainteresowałoby czytelnika, że nawet fanki ałtorki wyrażają opinię, że w sumie książka jest lepsza bez niego.
Przejdźmy jednak do czegoś znacznie bardziej soczystego, mianowicie sceny z bynajmniej nie rodzinnym pocałunkiem rodzeństwa McBuc, oczywiście oczami Płowca. Ten wdzięczny fragment, zatytułowany „When The Midnight Comes”, można przeczytać tu. Jest z punktu widzenia Jacusia, więc myślę, że możemy się spodziewać jakichś hot take’ów. Jeśli ktoś chciałby sobie odświeżyć oryginalny rozdział siedemnasty, zapraszam tutaj.
Pocałowałem twoje usta i złamałem twoje serce.
Uhu, zaczynamy z grubej rury. Ale skoro już wypisujemy, co Jaś Jacuś zrobił Małgosi Eklerce, dodałabym też słówko lub dwa o tych wszystkich razach, kiedy prawie ją zabił.
Mógł poczuć obecność Clary za sobą, siedzącą pośród pozostałości po ich pikniku, jej lekki oddech w chłodnym, pachnącym liśćmi powietrzu szklarni. Nie patrzył na nią, lecz prosto przed siebie, na zamknięte, lśniące pączki nocnego kwiatu. Nie był pewien, dlaczego nie chciał na nią spojrzeć.
Gdybym miała w sobie coś z idealistki, napisałabym, że to przez wyrzuty sumienia, bo uświadomił sobie, ile razy w ciągu ostatnich czterdziestu ośmiu godzin prawie zabił Eklerkę.
Jacuś wspomina pierwszy raz, gdy ujrzał kwiat północy w rozkwicie. Potwierdza tym samym moją teorię, że poza zielarstwem podstawami ogrodnictwa Hodge olał dosyć ciepłym moczem edukację przyszłego kwiatu młodzieży Nefilim.
Alec i Isabelle byli zainteresowani, aczkolwiek Jace pamiętał, że piękno kwiatu nie ujęło ich tak bardzo, jak jego.
Wiecie co mnie drażni bardziej niż Płowy Buc sam w sobie? Cassandra Clare, która takimi fragmentami próbuje nam wciskać, że w Jacusiu drzemie jakaś ogromna wrażliwość. Dlatego to Jacuś musi być ujęty pięknem kwiatka, to Jacuś dostrzega niezwykły talent Eklerki, to Jacuś zna kompozycje Beethovena. Jednocześnie to Jacuś jest najbardziej cyniczną, mającą w głębokiej pogardzie czyjekolwiek bezpieczeństwo czy życie postacią, która uważa, że cały świat istnieje, by ją zadowalać. Ciekawe, kurnać, czy Płowiec gustuje też w ludzkiej wątrobie or somethin’.
Teraz, wraz z wybiciem północy, obawiał się, że Clary zareaguje tak samo: zainteresowaniem lub nawet zadowoleniem, lecz nie zauroczeniem.
Jakież by to było straszne, gdyby Eklerka należała do przeciętnej, szarej masy… Jak jednak wiemy, tak się nie stanie. Wrażliwość na piękno jest u nich, he he, rodzinna.
Nie, nie mam zamiaru przestać, czeka mnie cały tom takich żartów, rozkręcam się.
Jacuś rozwodzi się nad tym, jak to chciałby wiedzieć, dlaczego oczekuje, że na Eklerce kwiatek zrobi takie samo wrażenie, kwiatek rozkwita, Eklerka wzdycha, koniec trailera.
Przejdźmy więc do tego, na co na pewno wszyscy przebieramy niecierpliwie nóżkami: pełnoprawną scenę pocałunku!
Jej zielone oczy błyszczały, skupiając się na widowisku. Zaciskała nieświadomie palce w geście, który – jak zdołał pojąć – znaczył, że chciałaby mieć pod ręką pisak lub ołówek, by uwiecznić to, co widzi.
Cassie. Napisałaś to pięć lat po wydaniu książki. Proszę, nie dodawaj Eklerce myśli, których wówczas nie miała, a tym bardziej nie dopisuj jej odruchów, które NIE ISTNIAŁY przez jakieś cztery tomy. Nawet w świecie, gdy bohaterowie wręcz chronicznie nie panują nad swoimi kończynami.
Czasem myślał, że chciałby patrzeć tak jak ona: widzieć świat jako płótno czekające na pokrycie farbami, kredą i akwarelami.
Wszystko to brzmi pięknie, bardzo romantycznie i doskonale pasuje do faktu, że Jacuś odkrył artystyczne skłonności Eklerki jakiś dzień wcześniej. Nie miał również za wiele okazji, by dostrzec u niej to rzekome postrzeganie świata, którego osobiście nie zauważyłam PRZEZ JAKIEŚ TRZYSTA STRON (nie, Cassie, wtrącanie w najmniej odpowiednich momentach skojarzeń z malarzami to nie to). Noale. Romantyzm. Wpisuje się też w ten dziwny, obcy byt o ogromnej artystycznej możliwości, który niby ma być Jacusiem. Jeśli wy też go nie rozpoznajecie, nie martwcie się. To nie wina rozstania z Płowcem na całe pół roku. To tylko Cassie nie umie pisać.
Czasem, gdy patrzyła na niego w ten sposób, niemal się rumienił; uczucie tak obce, że prawie nie potrafił go rozpoznać. Jace Wayland się nie rumienił.
Jace Wayland być mężczyzna. Jace Wayland zjadać na śniadanie dziesięć surowych jaj, a potem nacierać się mchem, ściółką i odchodami dzikich zwierząt, zanim wyruszy na polowanie.
Zastanawiał się, czy dotyk jego skóry sprawia, że jej puls przyspiesza w taki sam sposób, jak u niego.
Powinien. ZE STRACHU KURNAĆ, BO JESTEŚ PSYCHOLEM, Z KTÓRYM NIE SPOSÓB SPĘDZIĆ KILKU GODZIN BEZ NARAŻENIA ŻYCIA.
Najwyraźniej jednak nie, ponieważ odsunęła się, a jej mina wyrażała jedynie ciekawość.
Mam uwierzyć, że facet, który po zgnojeniu psychicznie Eklerki nadal wierzył, że przyszła do niego w środku nocy, by się obściskiwać… że tak pozbawiony empatii buc z drżącym sercem wypatrywał u Clary Sue oznak zainteresowania jego (nie)skromną osobą? I ich nie dostrzegał? Cassie, czytałaś w ogóle tę abominację po wydaniu?
Uśmiechnął się nieświadomie. To było niespotykane; zwykle tylko Alec lub Isabelle potrafili wypłoszyć śmiech z jego wnętrza.
Doprawdy? Z politowania? Bo Cassie, ja do twojej pisaniny nie zaglądałam od kilku miesięcy, ale jestem przekonana, że Jacuś szczerzył swoje płowe zębiska w dosyć podłym rozbawieniu całkiem często.
Bla bla bla, mamy powtórkę z dialogu na temat prezentów urodzinowych, aczkolwiek z jakiegoś powodu Cassie postanowiła zupełnie odpuścić sobie część o kąpieli w spaghetti. Wątpię, by chodziło tutaj o niechęć do kopiowania fragmentów starej pracy – wówczas w ogóle nie przepisywałaby tych samych dialogów. Zdaje się, że po prostu kompletnie zapomniała o całej sprawie, nie zbywając jej nawet zdaniem w narracji. Mamy bowiem wzmiankę, że Eklerka żartuje z prezentów urodzinowych, jednak równie dobrze może chodzić o jej poprzednią uwagę. Zważywszy na dysonans poznawczy, jaki można mieć pomiędzy kilkoma stronami TEJ SAMEJ książki napisanej przez Cassie, jestem naprawdę skłonna zaryzykować stwierdzenie, że kompletnie umknęła jej część oryginalnej rozmowy między McBucami.
+ Właściwie to właśnie po części omówiłam największy problem, jaki mam z wszelkimi dodatkami typu „Jaś i Małgosia rozsypują okruszki, ale tym razem POV Jasia”: uważam je w większości za cholernie odtwórcze, powtarzające niemal w stosunku 1:1 znaną nam treść i niezgrabnie maskujące, że tak naprawdę chodzi o spuszczenie się, dla odmiany, nad awatarem autorki, nie jej mokrym snem.
Uśmiechnęła się w ten sam sposób, co zawsze, gdy mówiła kompletnie niezrozumiałe dla niego rzeczy, zupełnie jakby wspominała z czułością. To wywoływało ukłucie zazdrości rozprzestrzeniające się po jego żyłach, choć nie był nawet pewien, o co właściwie jest zazdrosny. O Simona, który rozumie te nawiązania do przyziemnego świata, którego Jace nigdy nie będzie częścią? Przyziemny świat sam w sobie, do którego będzie mogła któregoś dnia wrócić, zostawiając radośnie za sobą jego wraz z jego krainą demonów i łowców, blizn i walk?
Przypominam, że ta dwójeczka prawie się nie zna. A większość ich znajomości Eklerka spędziła bliska śmierci, co Jacusia wcale nie obeszło. Jeśli w tej sytuacji powyższe nie brzmi jak cierpienia młodego stalkera, to może ja po prostu jestem za stara na literaturę YA.
Eklerka, jak w oryginale, pokazuje Jacusiowi swoją bliznę. Okazuje się niestety, że nie miałam racji z możliwymi innymi powodami odwrócenia przez Płowca wzroku, albowiem jedyną słuszną odpowiedzią pozostaje POŻONDANIE.
I zobaczył: na jej ramieniu rzeczywiście było jakieś znamię, chyba blizna, ale dostrzegł też dużo więcej. Dostrzegł krzywiznę jej obojczyka, światło oprószające piegi na jej skórze niczym złoto, pokrytą meszkiem krzywiznę ramienia, puls u nasady szyi. Dostrzegł kształt jej ust, lekko rozchylone wargi. Jej miedziane rzęsy, gdy je spuściła. I zmiotła go fala pożądania, jakiego nigdy wcześniej nie doświadczył. Pragnął dziewczyn już wcześniej, to oczywiste, i zaspokajał to pragnienie; myślał o tym jak o głodzie, potrzebie swoistego paliwa, którego żądało jego ciało.
Przysięgam, że nie sądzę, abym kiedykolwiek miała trafić na coś trudniejszego do przetłumaczenia niż… to. Co zaskakujące, Cassie w 2012 była w stanie wykrzesać minimum czegoś, co można by nazwać chemią, ponieważ moim zdaniem ten opis Eklerki ma w sobie więcej… czegokolwiek niż cały rozdział siedemnasty. Ale potem wchodzi ta cała kwestia pożądania i… i po prostu nie. Nie ma w internecie gifu, który wystarczająco odda, jak mnie zemdliło. Myślę, że możemy już raz na zawsze ustalić, że Cassandra Clare nie pisze o siedemnastolatku. Pisze o dorosłym facecie, więcej! swoistej fantazji na temat faceta, podpisanej jako siedemnastolatek, by można było z niego zrobić Tru Loffa w książce celującej w nastoletni target.
Skoro tę kwestię mamy za sobą, powiedzmy to sobie wprost: Jace Wayland/Morgenstern/Fray/Whateva jest skrajnie obrzydliwy. Pod rozdziałem jedenastym jedna z czytelniczek porównała go do właściciela plantacji, który brzydzi się ciemnoskórych, ale jednocześnie nie ma problemu z molestowaniem niewolnic. I powyższy fragment pokazuje, jak wiele prawdy jest w tym porównaniu. Płowca kompletnie nie obchodzi, kogo zaciąga do łóżka, jego partnerki to dla niego jedynie gumowe lalki z opcją audio. Przypominam: niestety w świecie stworzonym przez Cassie wolność seksualna nie istnieje dla kobiety – chcesz mieć wielu partnerów? nie łączysz seksu z miłością? Oh well, ktoś cię zranił, gdy byłaś dzieckiem i teraz leczysz traumy z przeszłości poprzez bycie zdzirą. Dlatego tak, jak normalnie byłabym w stanie uwierzyć, że przynajmniej pewien procent partnerek Jacusia (kimkolwiek one są, skoro, jak już wiele razy pisałam, nie za bardzo jest skąd je brać, będąc skrajnie antypatycznym Nocnym Łowcą) to dziewczyny o podobnym podejściu. Bo w sumie kto inny chciałby iść do łóżka z gówniarzem, z którym nie ma o czym gadać? Jednak w świecie Cassandry Clare dziewczyny o takim podejściu nie istnieją. Więc tylko jedna strona tu kogoś wykorzystuje dla własnej przyjemności, a nawet, powiedziałabym, swoistego pojęcia higieny.
Ciśnie mi się na klawiaturę wiele słów, ale ograniczę się do jednego:
MIZOGINIA.
I nie, fakt, że z Clary jest inaczej, niczego nie naprawia. Wręcz przeciwnie! Jedynie pogrąża Jacusia, Cassie i całą tę chorą książkę. Ponieważ wracamy do tego, o co już piekliłam się w przeszłości: nienawiści do własnej płci. Wartościowania, które dziewczyny są lepsze, a które gorsze. I, rzecz jasna, lepsze zawsze będą te naturalne, niedbające o wygląd, ale naturalnie piękne, artystyczne wallflowers. Też miałam kiedyś taką opinię, ale chodziłam do pierwszej-drugiej gimbazjum i leczyłam sobie w ten sposób kompleksy. A nie wciskałam to do książki dla młodych dziewczyn, tym samym utrwalając chore podziały w głowach kolejnego pokolenia.
Ja pierdziukam, zapomniałam, w jakim bagnie usiadłam.
Pozwolicie, że przeskoczę kilka kolejnych linijek opisujących czyste, nieskalane pożądanie Jacusia wobec siostry.
(…) sposób, w jaki wymówiła imię Simona, znów obudził w nim nienawiść. Nigdy wcześniej nie czuł czegoś takiego: nic nie wytrącało go z równowagi tak jak ona.
Przepraszam, z czego? Cassie, jesteś pewna, że nie zrobiłaś jakiejś literówki? W którymkolwiek momencie tej zbyt długiej i piekielnie nudnej książki Jacuś był w stanie choćby ZBLIŻONYM do równowagi emocjonalnej? Naprawdę?
Przeskakujemy kolejną porcję zachwytów nad Eklerką, ponieważ tu Cassie się nie oszczędza i ZA KAŻDYM RAZEM poświęca na to cały akapit, przez co zaczynam tęsknić za opisami Płowca. Bla bla bla, Iza mnie nienawidzi, i wtem! Płowiec mówi Clary Sue, jaka to ona nie jest pikna.
Nie potrafił nic odczytać z jej twarzy. To było prawie tak, jakby nigdy wcześniej nie powiedział dziewczynie, że jest piękna, ale nie mógł sobie przypomnieć, by kiedykolwiek nie był to wykalkulowany ruch. Tym razem wyszło niezamierzenie.
Mamy prawie 2019, może ktoś powie autorkom YA na uszko, że najszybszy sposób, by do reszty obrzydzić Tru Loffa, to pisać z jego punktu widzenia? Ponieważ nie sądziłam, bym była w stanie bardziej nienawidzić Jacusia, ale jednak, cholera, wyszło!
Nie potrafił stwierdzić również po jej głosie, co myśli. Jego zdolność rozszyfrowywania innych najwyraźniej go opuściła i nie rozumiał, dlaczego.
Słońce, nie może cię opuścić coś, czego nigdy nie miałeś.
Coś przed nimi się poruszyło – biała smuga światła – i nagle się zatrzymała, obracając do niego, będąc już otoczoną jego ramionami, i była ciepła i delikatna, i ją całował.
I był tym zdumiony. Przecież on nie postępuje w ten sposób; jego ciało nie robi niczego bez jego zgody.
No widzisz, a ostrzegałam! Ostrzegałam, że to choroba z tym brakiem kontroli nad własnym ciałem!
Ale ona smakowała tak słodko, jak jabłka i miedź, a jej ciało drżało w jego ramionach. Była taka mała; jego ręce ją otoczyły, by nie straciła równowagi, a on poczuł się zgubiony.
Może jestem przewrażliwiona, ale opisywanie Eklerki takimi przymiotnikami jak „small” w połączeniu z naszym ustaleniem, że siedemnaście lat to Płowiec ma tylko na papierze, sprawia, że czuję pewien dyskomfort podczas lektury.
Teraz rozumiał już, dlaczego pocałunki w filmach są kręcone w taki sposób, w jaki są (…).
Wybaczcie niemerytoryczny komentarz, ale: XDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDD
Brawo, Cassie. Nocni Łowcy ledwo potrafią korzystać z telefonu, a Jace jeszcze kilka akapitów temu narzekał, że nie wie nic o świecie Przyziemnych, LECZ WTEM! wie, w jaki sposób kręcone są pocałunki w filmach. Czyli jakieś widział. Czyli kompletnie nie myślisz o tym, co piszesz. Kochani, nowy rekord: dysonans poznawczy na przestrzeni około PÓŁTOREJ STRONY.
Bla bla bla, opis pocałunku tym razem zajmuje aż trzy akapity łącznie i nie będę was torturować szczegółami, zwłaszcza że tłumaczenie tego chyba by mnie zabiło. Jedyną nowością, jaką dostajemy, jest wewnętrzny zawód Płowca, że po TAKIM pocałunku Clary nie zasłabła z wrażenia. Do interpretacji dowolnej.
Zrozumiał wreszcie, dlaczego ludzie trzymają się za ręce: zawsze sądził, że chodzi o posiadanie, powiedzenie „to moje”. A przez cały ten czas chodziło o podtrzymywanie kontaktu. O mówienie bez słów. O „chcę cię mieć przy sobie” i „nie odchodź”.
Cassie. Musiałabyś mi zapłacić Bursztynową Komnatą, żebym uwierzyła, że Jacuś nadal nie tkwi na chorej chęci oznaczania terenu. SZCZEGÓLNIE, ŻE ZA JAKIEŚ TRZY MINUTY ZROBI EKLERCE AFERĘ O NIC.
Płowiec rozmyśla, jak to chce zabrać Eklerkę do swojej sypialni. Nie w głowie mu jednak brudne szatańskie tango, o nie! On chce, by Clary Sue wkroczyła do jego sanktuarium, chce z nią leżeć na łóżku i ją przytulać, i wstawcie sobie tu inne platoniczne aktywności, które pokażą, że Eklerka jako jedyna jest godna jego miłości, bo tak. Tylko błagam, nie każcie mi tego tłumaczyć na polski. Na to nie dostanę L4.
Oczywiście, festiwal braku kontroli nad tym, że dotyka się drugiej osoby, przerywa wejście Simona.
Mam przesrane.
No masz. Właśnie utknąłeś w pozbawionym chemii romansie z własną siostrą.
Prawdę powiedziawszy, nie czytałam nigdy tego fragmentu, więc był on dla mnie taką samą premierą, jak i dla was, drodzy czytelnicy. Moje wrażenia?
Nie tylko obnaża to po raz kolejny, jakim obrzydliwym typem jest Płowiec i każe mi czytać tysiąc sto opisów Eklerki, które są nie tylko dużo dłuższe, ale i, cholera, dużo bardziej monotonne. Nie. To najjaskrawszy przykład lenistwa Cassandry Clare jako autorki (kompletny brak dawania faka temu, co działo się w tomie, z którego ma pochodzić scenka) oraz tego, że ta kobieta wciąż pisze tę samą książkę. Szczerze? Przez połowę lektury odnosiłam wrażenie, że Cassie zwyczajnie pochrzanili się tru loffowie, ma ich w końcu tylu w uniwersum. Ewentualnie zapomniała, na jakim etapie emocjonalnym był Jacuś w pierwszym tomie. Jaka nie byłaby prawda – analiza tego czegoś podziałała na mnie niczym wiadro pomyj. Już pamiętam, jaką samobójczą misję na siebie wzięłam.
Na koniec został nam najambitniejszy cross-over tego roku co w sumie ma sens, skoro w tym roku rzeczywiście został dorzucony do wydanej książki, strzeżcie się, Avengersi! Jak wspomniałam, jest to kolaboracja pomiędzy Cassie, a Holly Black, autorką m.in. cyklu „Kroniki Spiderwick”. Przyznam szczerze, że nigdy nie miałam okazji przeczytać niczego autorstwa pani Black, z wyjątkiem jej opowiadania w zbiorze „21 Proms” po którym zrozumiałam ludzi, którzy chcą usunąć Johna Greena z tej planety i było ono całkiem przyjemne, szczególnie na tle większości antologii. W ramach ciekawostki, omawianą kolaborację można uznać poniekąd za kanon, ponieważ właśnie to jest historia, przez którą Eklerka poczuła się taka wykluczona z rozmowy w rozdziale jedenastym. Nie mam zielonego pojęcia, kim są Kaye, Roiben, Corny i Luis poza tym, że brzmią jak imiennicy środków czystości, więc oczywiście pełnia mojej uwagi skupi się na naszej wesołej drużynie.
Kaye naprawdę nie oczekiwała, że Nocni Łowcy pojawią się w Księżycu w Kubku, szczególnie nie w dniu otwarcia.
No cóż, świeżo otwarty lokal to zawsze miejsce, do którego jeszcze nie dostali zakazu wstępu.
+ Tak na zupełnym marginesie: chcąc sprawdzić, czy internet mi podpowie, jak mogłabym przetłumaczyć nazwę lokalu mniej dosłownie, zostałam wrzucona w świat… kubeczków menstruacyjnych. Jestem tylko ciekawa, czy to celowe.
Nie była właściwie pewna, co konkretnie robili Nocni Łowcy.
Ja też, Kaye, ja też. Poza epatowaniem bucerą niczym radioaktywny odpad promieniowaniem, ale tego oficjalnie w obowiązkach nie mają.
Zdawali się wierzyć, że świat nawiedzały demony, nosili mnóstwo broni, tatuowali się wzajemnie i nie wierzyli nikomu spoza swojego kręgu.
Cassie, nie wiem, jak ci to powiedzieć, ale kumpela cię chyba strollowała, bo ten opis leży bardzo blisko tego, jak ja określiłabym Nocnych Łowców.
Któregoś razu Kaye zauważyła, że nigdy nie widziała żadnego demona, a, naprawdę, widziała całkiem sporo niezwykłych rzeczy. Nocny Łowca, z którym rozmawiała, odpowiedział, że to najlepszy dowód na to, że Nocni Łowcy wykonują swoją pracę.
Tak, zdecydowanie pani Black zaczyna trollować.
Irytowało ją to, ponieważ nie tylko wierzyli w demony, ale również uważali, że faerie takie jak ona również były po części demonami.
Wiem, że to niby efekt cross-overu dwóch różnych uniwersów, ale tak pięknie się zgrywa z kompletnym brakiem kompetencji u wszystkich znanych nam Nocnych Łowców…
Mamy krótki opis, ile dla Kaye znaczy jej nowy lokal, jak pieczołowicie wybierała każdą ozdobę wnętrza itp, oraz jak inni życzą jej powodzenia – dostała nawet kosz ciast od jakiegoś rycerza, ale ponieważ wypieki zawierają magiczne owoce, podpisano je „nie dla ludzi”. Cóż, strzelba Czechowa prawie spadła mi na głowę, ale to właściwie oczywiste, czego będzie dotyczyć ta krótka historyjka, więc nie czepiam się specjalnie.
Oczywiście, nareszcie nadciągają Nocni Łowcy.
Mieli skłonności do zwracania na siebie uwagi, nawet jeśli zwykle ubierali się, jakby naprawdę nie mieli takiego zamiaru.
Wciąż nie załapali, że wiktoriańskie kiece z firanki i kostiumy asasynów niekoniecznie pozwolą się im wtopić w tło.
Cóż, trudno było ignorować grupę wysokich, uzbrojonych po zęby ludzi, których kości policzkowe były równie ostre, co ich broń.
Gdyby mnie ktoś pytał, noszenie na widoku broni jest nie tylko głupie, ale również dosyć niestosowne, jeśli nieco ponad dziesięć lat temu Nocni Łowcy urządzili masakrę Podziemnych. Nie mówiąc już o tych setkach lat rekreacyjnego polowania na nich.
Ledwo nasz Kwiat Młodzieży Nefilim wkracza na scenę, Isabelle rzuca się w ramiona Meliorna, jednego z rycerzy z Jasnego Dworu.
— Isabelle — powiedział — Jesteś urocza niczym wierzba.
Kaye uśmiechnęła się pod nosem. Ach, komplementy faerie. Niektóre wierzby były urocze, inne nie, więc ten właściwie nic nie znaczył. Mimo wszystko Nocna Łowczyni, Isabelle, sprawiała wrażenie mile połechtanej jego słowami; chwyciła go za lekko spiczaste uszy – może był tylko w połowie faerie? – i pocałowała czule.
Szczerze powiedziawszy, mam problem z tym fragmentem. Z jednej strony kompletnie nie zgrywa się z wizją Isabelle-bezlitosnego wampa, którą znamy z pierwszego tomu, kompletnie ignorując wiek postaci. Z drugiej zaś… no właśnie. Wiek Isabelle. W powyższym fragmencie zachowuje się właśnie jak typowa piętnasto-szesnastolatka, spotykająca się ze starszym chłopakiem, który bardzo się jej podoba. A z trzeciej… to kolaboracja. Nie potrafię pozbyć się z tyłu mojej głowy wizji Cassie, która kiwa głową z aprobatą, bo tak, właśnie tak Isabelle zawsze reaguje, szukając ciepła i akceptacji płci przeciwnej, a wszystko przez te traumy z przeszłości.
To była nowość. Nocni Łowcy randkujący z faerie?
Holly, proszę, przestań punktować kumpelę, bo chyba robisz to nieświadomie.
Płowiec i Tokenowa Reprezentacja LGBT podchodzą do baru, pytając o jedną z pozycji w menu.
— Shot espresso w kubku do kawy — wyjaśniła Kaye. — Nie dla amatorów.
Blondyn wyszczerzył się. Miał ten rodzaj uśmiechu, który mają naprawdę atrakcyjni ludzie, świadomi, że są naprawdę atrakcyjni. To było więcej niż nieco onieśmielające.
— Myślę, że przekonasz się, że nie jestem amatorem w żadnej dziedzinie.
Daję słowo, Jacuś to ten typ faceta, który wysyła obcym dziewczynom na instagramie prośby o nagie zdjęcia tylko po to, by po pięciu minutach bez odpowiedzi napisać, że i tak nie są takie atrakcyjne, jak im się wydaje.
+ Gdybym ja usłyszała coś takiego od klienta, nie wiem, czy bardziej by mnie zmroziło z zażenowania tym tekstem, czy dyskomfortu, że taki burak do mnie zarywa.
— To znaczy, że chcesz jedno czy nie? — Kaye zawsze czuła się niezręcznie w towarzystwie facetów takich jak on, przekonana, że sobie z niej żartują.
Większość kobiet czułaby się niekomfortowo w towarzystwie Jacusia, ale niekoniecznie dlatego, że sprawia wrażenie, jakby się z nich nabijał.
— Myślę, że to znaczy, że jeśli wyjdziesz zza lady i spędzisz ze mną kilka minut w jakimś bardziej ustronnym miejscu, nie będziesz rozczarowana.
…
…
…
…
JA NAPRAWDĘ SĄDZIŁAM, ŻE TA SCENA BĘDZIE DLA MNIE NAJŁATWIEJSZA, A TYMCZASEM MAM OCHOTĘ IŚĆ PO WIADRO.
Kaye nie dowierza, że obcy facet naprawdę proponuje jej seks przy klientach, w środku zmiany, czemu się wcale nie dziwię. Alec opieprza Jacusia, a na scenę wkracza Corny, kimkolwiek jest. Wnioskuję, że przyjacielem Kaye. Stosuje typową technikę na odstraszenie buca tego rozmiaru, tj. mówi Płowcowi, że Kaye ma chłopaka.
— Na poważnie? — spytał Jace, nadal uśmiechając się w ten czarujący sposób, który utrudniał irytowanie się na niego.
Nie, kurnać, wcale nie utrudniał. Taki letni chamski podryw to jest, do cholery, MOLESTOWANIE SEKSUALNE. Cat calling podpada pod werbalne molestowanie seksualne i ten palant WŁAŚNIE. TO. ROBI.
Panie i panowie, nasz Tru Loff.
— Na poważnie to on ma wielgachny miecz — odpowiedział Corny — I może tu wpaść lada chwila.
Dłoń Jace’a powędrowała do jego pasa.
— Cóż, skoro chcemy poważnie dyskutować o wielgachnych mieczach…
Część mnie nigdy nie pozbędzie się przekonania, że ten palant chciał rozpiąć spodnie.
Alec po raz kolejny udowadnia, że jest zbyt dobry dla tego chorego uniwersum, starając się przystopować kumpla. Jakimś cudem Płowiec decyduje się go posłuchać i wystarcza mu zamówienie dwóch kaw i ciastka.
— Ciastka nie są dla ludzi — zaprotestowała Kaye.
— Nie jesteśmy ludźmi — odparł Jace.
Kiedy akurat się przy tym nie upieramy, tłumacząc tym przy każdej okazji, dlaczego jesteśmy lepsi od tych brudnych Podziemnych, prawdaż.
Kaye chce znów protestować, jednak Corny robi nam wszystkim przysługę i podaje Jacusiowi żądane ciastko. Pominę tu długi akapit, w którym Kaye próbuje sama przed sobą usprawiedliwiać, że Płowcowi nie powinna stać się krzywda po zjedzeniu ciastka, skoro jest częściowo aniołem. Słońce, naprawdę nie masz powodu się obwiniać. Nawet gdyby był stu procentach Przyziemnym, miałabyś prawo mu to podać po cyrku, jaki odstawił.
Alec zebrał resztę, którą im wydała i wrzucił do słoika z napiwkami. Współczuła. Jego zauroczenie Jacem było równie oczywiste, co to, że ma zły dzień.
…czy Alec ma na czole wytatuowane wielkimi, tęczowymi literami, że jest gejem? Ponieważ naprawdę nie rozumiem, JAK stopowanie kumpla przed byciem skończonym bucem, ma wskazywać, że się w rzeczonym kumplu?
+ Zły dzień to on ma od jakichś siedmiu lat.
Wtem mamy kolejne cameo, w kawiarnii pojawia się pijany Magnus, rozdając ulotki z zaproszeniem na swoją imprezę. Z opisu dosyć jasno wynika, że nie sposób pomylić go z faerie, jednak w rozdziale jedenastym jasno wynika, że Izzy dostała ulotkę od kelpie. W Pandemonium. Tak odanalizatorsko wtrącę, że naprawdę nie rozumiem potrzeby upychania WSZYSTKICH nawiązań w jednej scence rodzajowej, szczególnie kiedy nie tylko kompletnie przeczą treści książki, ale też robią z bohaterów idiotów. Jak wiemy, Magnus wygląda bardzo charakterystycznie, a nikt z naszej świętej trójcy go nie rozpoznał na imprezie.
Wszystko jest pięknie, spokojnie, aż tu wtem! Jace zaczyna się rozbierać.
— Corny — powiedziała Kaye — Zrób coś. Wiesz, że to absolutnie twoja wina. To ty dałeś mu to ciastko.
Corny obserwował rozbierającego się Jace’a z uniesionymi brwiami i zadowolonym wyrazem twarzy.
— Myślę, że mogę być geniuszem. Nie powstrzyma tego nawet, jeśli mi zapłacisz.
Corny, kimkolwiek jesteś, chcę wysłać ci kwiaty.
Naprawdę nie chcecie, abym wam tu przytaczała cały akapit nagłych zachwytów nad ciałem Jacusia, jednak muszę się z wami podzielić niesamowicie ważną informacją, że Płowiec nie ma sześciopaku. On ma dwunastopak na brzuchu! Taki jest zajebisty, a co.
— Może moglibyśmy sprawić, żeby robił tak codziennie? — zasugerował Corny, gdy Jace rozpiął swoje jeansy. Alec próbował go zatrzymać, jednak Jace wyminął go zręcznie i radośnie zrzucił z siebie spodnie.
— Nie próbuj mnie powstrzymać, Alec — powiedział — To ciało musi być wolne.
Rany, jakież to zabawne. Boki zrywać. Czy podobny Element Komiczny nie przewijał się przez każde onetowe opko o Huncwotach?
Po założeniu na głowę poroża Jace wybiega nago na ulicę, co właściwie mnie cieszy, ponieważ Cassie nie zdołała nigdzie wtrącić, jak zgrabne są jego pośladki.
— Na Anioła — Alec westchnął cierpiętniczo — Kolejne miejsce, do którego nie będziemy mogli wrócić. Myślałby kto, że w mieście tak wielkim jak Nowy Jork…
Biedny chłopak, niech ktoś go wreszcie uratuje z tego uniwersum. Gapiącego się na niego Magnusa również. Najwyraźniej właśnie odkryliśmy prawdziwy cel wstawienia go do tego cross-overa.
— Powinniśmy wywiesić na nim banner — zasugerował Corny — Wyobraź sobie zainteresowanie taką reklamą.
Okej, przyznaję. Ten jeden żart był akurat w miarę zabawny.
Dlatego też tym pozytywnym akcentem kończymy dzisiejszy odcinek. Jeśli czegoś się nauczyliśmy, była to powtórka, że w pisaninie Cassie jest albo nudno, albo człowiekowi ciśnienie skacze z powodu ilości szkodliwych treści.
Do zobaczenia!
P.S.: Pragnę serdecznie pozdrowić osobę, która trafiła na bloga, wyszukując „dick in kinga”. Kingi może nie mam, ale dicka owszem! I to nawet płowego!