poniedziałek, 4 grudnia 2017

22. Ruiny Renwick

Po pierwsze, chciałam OGROMNIE wszystkich przeprosić za taką obsuwę. Niestety ostatnio żyję na nieco szalonej karuzeli i była ogromnie zarobiona. Nadal w sumie jestem, ale uczę się ogarniać ten chaos, bo niestety nie ustanie. Zanim zaczniemy, mam dwa ogłoszenia:

UWAGA: Kochani, o ile pamięć mnie nie myli, taki incydent miał miejsce tylko raz, aczkolwiek wolę uprzedzić, by więcej nie miało to miejsca – bardzo proszę jednak uważać na słowa, kiedy wasze komentarze schodzą na osobę autorki. Tak, nie jest ona najfajniejszą osobą, co przebija nie tylko z poglądów, które wylewają się z książki, ale również z niesławnej afery plagiatowej. Tak, bezwstydnie zbija kasę na ślepo zapatrzonych w nią czytelniczkach. Tak, okropnie pisze i morduje lasy deszczowe. Mimo tego naprawdę proszę o powstrzymywanie się. Komentarze otwarcie obrażające autorkę będą kasowane. Bo są pewne granice pomiędzy krytykowaniem, choćby bardzo złośliwym, a zwykłym hejtem.

UWAGA #2: Ponieważ nie chcę być znów gołosłowna, a miałam ograniczone możliwości dokończenia analizy tak długiego rozdziału, dodaję to, co udało mi się napisać. Ciąg dalszy… cóż, najlepiej byłoby sprawdzać bloga, ponieważ nie mogę zagwarantować pewnej daty, kiedy się pojawi. Niemniej macie moje słowo, że do końca roku pożegnamy „Miasto Kości”!

Skoro kwestie techniczne mamy za sobą, możemy przejść do rzeczy. Dziś Cassie ponownie uraczy nas akcją, ale ponieważ nie ściska około dwudziestu lat na dwunastu stronach, wyjdzie… cóż, niczym was nie zaskoczy, jeśli chodzi o tempo. Chciałabym również zaznaczyć, że to PRZEDOSTATNI pełnoprawny rozdział książki. Dajcie znać, jeśli zorientowalibyście się bez mojej podpowiedzi.

Rozdział rozpoczyna się bezpośrednio po fascynującej ekspozycji opowieści Luke’a. Jakimś cudem nasza bohaterka nie zasnęła, musząc tego wysłuchać, aczkolwiek sprawia wrażenie nieco bardziej ociężałej umysłowo niż zwykle.

- Powiedz coś, Clary.
- Co mam powiedzieć?
Westchnął.
- Może, że rozumiesz?

Luke, może lepiej nie wymagaj od niej zbyt wiele…

Clary czuła krew pulsującą w uszach. Miała wrażenie, że jej życie zostało zbudowane na warstewce lodu cienkiej jak papier, teraz ten lód zaczynał pękać, a jej groziło, że wpadnie w  lodowatą  ciemność.  W  czarny  nurt,  który  unosił  wszystkie  sekrety  matki,  zapomniane szczątki wraku jej życia.

Nie chcę wyjść na nieczułą, ale czy my już tego nie słyszeliśmy ze trzy razy? Clary, słońce, może czas znaleźć sobie nowe powody do angstu? Bo wiesz, po tym co usłyszałaś, powinnaś chociażby wyciągnąć wnioski odnośnie swojego biologicznego ojca. To byłaby całkiem wiarygodna wymówka do kolejnych akapitów ociekających twoim cierpieniem, nie sądzisz?

Spojrzała na Luke'a. Jego postać wydawała jej się niewyraźna, zamazana, jakby Clary
patrzyła na niego przez brudną szybę.
- Mój ojciec - powiedziała. - To zdjęcie, które mama zawsze trzymała na półce nad kominkiem...



To nawet nie jest wyparcie. Odkąd usłyszeliśmy o małżeństwie Jocelyn, Clary NIGDY nie dopuściła nawet możliwości, że mąż jej matki mógłby mieć z tą właśnie matką, swoją żoną, dzieci. Nigdy. Nie, żeby daty się zgadzały czy coś. Cassie, naprawdę. Krowy nie czytają twoich książek.

- To nie był twój ojciec - przerwał jej Luke.

Może teraz dotrze, skoro do niektórych, np. Clary Sue, trzeba wyraźnie i drukowanymi literami.

- Czy  on w ogóle istniał? - Clary podniosła głos. - Czy w ogóle był jakiś John Clark, czy jego również moja matka wymyśliła?

Wiecie co? To w sumie zastanawiające, że Clary najwyraźniej nigdy nie spytała matki, dlaczego zarówno Jocelyn, jak i ona sama, noszą panieńskie nazwisko tej pierwszej. Tak wydziwiała, że rodzicielka zataja przed nią przeszłość, ale nie poruszyła równie podstawowej kwestii? Dla starszej pani Fray (a raczej Morgenstern) też ogromne brawa, intelekt pierwsza klasa. Stirlitz mógłby się uczyć technik kamuflażu.

-  John Clark istniał, ale nie był twoim ojcem, tylko synem trójki waszych sąsiadów, kiedy mieszkałyście w East Village, zginął w wypadku samochodowym, tak jak mówiła ci matka, ale ona go nie znała. Miała jego zdjęcie, bo sąsiedzi zlecili jej namalowanie portretu syna  w  mundurze  wojskowym.  Dała  im  portret,  ale  fotografię  zatrzymała  i  udawała,  że uwieczniony na jej mężczyzna to twój ojciec.

A sąsiedzi nigdy nie zażądali zwrotu, albowiem portret autorstwa Jocelyn był tak zajebisty, że zapomnieli o fotografii, która mogła mieć dla nich jakąś wartość emocjonalną. Przykro mi, Cassie, ale z mojego punktu widzenia, nie-Narcyza ukradła zdjęcie zmarłego syna parze staruszków. Gratulacje, chwilowo wyprzedziła Eklerkę w rankingu najbardziej odrażającej postaci żeńskiej, jaką stworzyłaś.
+ Skoro i tak nie zamierzała mówić prawdy, dlaczego podała prawdziwe dane? Gdyby Clary się uparła, mogłaby odnaleźć rodziców denata i poznać prawdę. Nie byłoby logiczniej powiedzieć, że facet ze zdjęcia nazywa się John Fray?
+ Ten pan nazywał się JonATHAN, skąd tu nagle John?

Chyba uważała, że tak będzie łatwiej. Gdyby utrzymywała, że uciekł albo zaginął, chciałabyś go odszukać.

Bo dziadków nie chciałaby odszukać, aby opowiedzieli jej coś o ojcu, o którym matka milczy. Tyle dużo logiki.
+ Prawdę mówiąc, trochę bullshit. Znam dosyć sporo osób, które swoich ojców nie miały okazji poznać i wiele z nich prezentuje postawę „skoro zostawił moją matkę samą z tym wszystkim, niech się wali”. Jasne, to kwestia indywidualna, Clary mogłaby zareagować inaczej. Nie zmienia to faktu, że opowiedzenie Eklerce, jak to chamski ojciec zostawił je obie i uparte odmawianie podania jego imienia zdecydowanie niwelowałoby ryzyko, że cała ta historyjka się sypnie. Jocelyn po prostu nie chciała, by ktoś pomyślał, że jej dziecko jest nieślubne. Wpisuje się to zarówno w (teoretyczny) konserwatyzm Nocnych Łowców, jak i pogardę, jaką pani Fray darzy matki, które po zakończonym związku znów szukają sobie partnerów (no wybaczcie, ale skądś Clary musiała wynieść poczucie, że pani Lewis jest gorsza, bo randkuje, a Jocelyn tego nie robi). Więc, proszę, przestańmy dopisywać ideologię do tego idiotycznego planu.

Martwy człowiek...
- Nie zaprzeczy kłamstwom - dokończyła za niego Clary z goryczą.

Za to jego rodzice owszem. Poważnie, kochani, ja wiem, że Eklerka nie grzeszy rozumem, ale gdyby uparła się odnaleźć dziadków, miałaby do pomocy Simona, a ten z kolei zna wiele osób. Co więcej, Clary pamięta, że niesławna kamienica to nie pierwsze mieszkanie pań Fray. Zadanie byłoby mozolne, ale MOGŁABY wreszcie dotrzeć do państwa Clark.

- Nie uważała, że to złe wmawiać mi przez te wszystkie lata, że mój ojciec nie żyje, podczas gdy prawdziwym jest...

Clary, dla twojej matki kradzież pamiątki po tragicznie zmarłym synu to nie problem, nie przeceniaj jej moralności.

Luke  milczał,  pozwalając,  żeby  sama  dokończyła  zdanie,  żeby  sama  domyśliła  się rzeczy nie do pomyślenia.

Drodzy czytelnicy, w skali Cassandry Clare jesteście najwidoczniej geniuszami, którym Sherlock Holmes może buty czyścić.

- Valentine. - Jej głos zadrżał. - To chcesz mi powiedzieć, tak? Że Valentine jest moim ojcem?


WRESZCIE. Zajęło ci to tylko trzynaście rozdziałów.

Luke kiwnął głową. Jego mocno splecione palce były jedyną oznaką napięcia.
- Tak.
- O, Boże! - Clary zerwała się na równe nogi. Nie mogła dłużej usiedzieć w bezruchu. Podeszła do krat celi. - To niemożliwe. To po prostu niemożliwe.

Niemożliwym jest, ile zajęło ci skojarzenie tej prostej zależności. Wcześniej cały czas święcie wierzyłaś, że twoim ojcem jest ktoś trzeci, choć trudno byłoby go wcisnąć na oś czasu, bo przecież Cassie nawet nie pozwoliła ci pomyśleć o ewentualnej niewierności Jocelyn wobec męża.

- Clary, proszę, nie denerwuj się...
- Nie denerwuj się? Oznajmiasz mi, że moim tatusiem jest człowiek z gruntu zły, i chcesz, żebym się nie denerwowała?
- Na początku nie był zły - powiedział Luke niemal przepraszającym tonem.

Faktycznie, był tylko równie odrażający, co wy wszyscy.

- Och, błagam. Oczywiście, że był zły. Wszystko, co wygadywał o czystości ludzkiej rasy i nieskażonej krwi... Zupełnie jak ci koszmarni goście od white power.

…Clary? Ty w ogóle słuchałaś, co wygadywał przy tobie Płowiec, czy tylko gapiłaś się na jego piękne usta anioła? Bo, szok i niedowierzanie, Valentine WCALE nie powiedział nic gorszego niż Jacuś. W gruncie rzeczy jego nienawiść jest ukierunkowana JEDYNIE na Podziemnych i nigdy nie obraził Przyziemnych. Nasz Tru Loff gardzi obiema wymienionymi grupami.

- To nie ja zaledwie parę minut temu mówiłem o „oślizgłych" Podziemnych - zauważył spokojnie Luke.

Nie, ty tylko wyraziłeś obrzydzenie, że Podziemnym jesteś. Rasizm siedzi w was obojgu równie głęboko. Jedyna różnica to ta, że Eklerki nie wychowano w kulturze Nocnych Łowców, więc rzeczywiście musicie mieć to gdzieś w genach.

- Albo o tym, że nie można im ufać.
- To nie to samo! - krzyknęła Clary przez łzy.

No nie, jesteś Clary Sue, możesz mówić, co chcesz i jest okej. Głupi Luke, zapomniał, które z was wybrano na specjalny płatek śniegu.

- Miałam brata. I dziadków. Nie żyją?

Czyli jednak przysnęłaś na historii Luke’a, jak widzę.

- Nie żyją.
- Jonathan - wyszeptała Clary. - Byłby starszy ode mnie? O rok?
Luke nie odpowiedział.
- Zawsze chciałam mieć brata.

Nawet nie wiecie, jak wieloma spoilerami chciałabym was zarzucić. Jak wiele żartów ciśnie mi się na klawiaturę. Pozwolę sobie tylko na to:


Uwierzcie mi, to ma więcej płaszczyzn niż wam się wydaje.

- Nie zadręczaj się - rzekł Luke ze współczuciem. - Chyba potrafisz zrozumieć, dlaczego twoja marka trzymała to wszystko przed tobą w sekrecie, prawda?

Yyyy, nie? A konkretniej: nie rozumiem, dlaczego robiła to w tak idiotyczny sposób. Każdy plan Jocelyn aż za bardzo polega na pobożnych życzeniach, by czynnik ludzki nie obrócił się przeciwko niej.

- Ta szkatułka  z  inicjałami  J.C. - Umysł  Clary  pracował  gorączkowo. - Jonathan Christopher. Mama zawsze nad nią płakała. Był w niej pukiel włosów mojego brata, a nie ojca.

Jak mówiłam, każdy inaczej przeżywa żałobę, ale wyjmowanie pudełka raz na rok i płakanie nad nim, nie pilnując, czy nikt nie zobaczy, jest dosyć sztuczne. Poza tym, Cassie, gryzie cię w tyłek brak przypominania sobie własnego tekstu – nigdy nie było mowy o tym, by Jocelyn płakała nad puklem, jedynie patrzyła smutno. Co ma nawet więcej sensu w kontekście rewelacji, jakie jeszcze usłyszymy.
+ Że tak spytam, skąd w sumie Jocelyn miała pukiel włosów syna? Jeśli był zamknięty w medaliku, który pani Fray założyła w dniu Porozumień – zgubiła medalik, gdy Walentynka rzucił nim w Luke’a. Inne opcje odpadają na wstępie z powodu doszczętnie spalonej chaty. Może parę słów do mikrofonu?

- Tak.
- A mówiąc „Clary to nie Jonathan", miałeś na myśli mojego brata. Mama była wobec mnie nadopiekuńcza, bo już straciła jedno dziecko.

W świetle tego, o czym usłyszymy w trzecim tomie, odnoszę wrażenie, że mama obawiała się twojego podobieństwa do brata z innych powodów.

Na szczęście dla nas rozmowę przerywa powrót Gretel z lekami. Kobieta zaczyna opatrywać Clary.

- Grzeczna dziewczyna - powiedziała kobieta wilk, maczając płótno w jednej z misek. Delikatnie starła nim krew z jej twarzy. - Co ci się stało? - zapytała z dezaprobatą, jakby podejrzewała, że Clary sama podrapała się skrobaczką do sera.

No nie wiem, może przywaliła twarzą o chodnik z rozpędu?
+ Dlaczego właściwie dopiero teraz opatrują Clary? Równie dobrze mogli się tym zająć, gdy leżała nieprzytomna.

- Hugo mnie zaatakował. - Clary starała się nie skrzywić, kiedy rany zapiekły ją od środka odkażającego.
- Hugo?
- Ptak Hodge’a. W każdym razie myślę, że jego. A może należy do Valentine'a?
- Hugin - powiedział cicho Luke. - Hugin i Munin to były kruki Valentine'a. Ich imiona oznaczają „Myśl" i „Pamięć".

I naprawdę Lightwoodowie, którzy z całych sił chcą odciąć się od Kręgu, nie połączyli podstawowych faktów? I nie kazali Hodge’owi pozbyć się zwierzaka?

- Cóż, powinny się, nazywać ,Atakuj" i „Zabij" - stwierdziła Clary. - Hugo  omal  nie wydrapał mi oczu.

Dzielny ptaszek, pamiętamy!

- Do tego go wyszkolono. Hodge musiał go zabrać po Powstaniu. Ale ptak należy do Valentine'a.

Nie no, bardzo miło, że nikt nie spytał, skąd Hodge ma tego kruka, którego imię wcale nie brzmi jak imię zwierzątka Walentynki. Szczególnie Lightwoodowie, jego nowi przełożeni, chcący udowodnić Clave, że Krąg to przeszłość.

- Podobnie jak Hodge - zauważyła Clary.

Clary, proszę. Ja nadal nie uwolniłam się od wizji męskiego haremu Walentynki.

- Clary...
- Nie chcę już rozmawiać o przeszłości - przerwała mu gwałtownie. - Chcę wiedzieć, co teraz zrobimy. Teraz, kiedy Valentine ma moją mamę, Jace'a i Kielich, a my nie mamy nic.

O, jak miło, że wreszcie sobie o tym przypomniałaś. Zauważyłam ciekawą zależność: gdy naszą hirołinę coś boli, myśli jakby nieco jaśniej.

- Nie  powiedziałbym,  że  nie mamy  nic – nie  zgodził  się  Luke. - Dysponujemy potężnym stadem wilków.

Luke, twoje wilkołaki są przez Cassie traktowane równie pobłażliwie, co stado z La Push przez Meyer. Macie mniej niż nic.

Clary pokręciła głową. Kilka kosmyków spadło jej na oczy. Odgarnęła je niecierpliwym gestem. Boże, cała lepiła się od brudu. W tej chwili najbardziej pragnęła wziąć prysznic.

Nie przypominam sobie, by leżenie trzy dni we własnych wydzielinach przeszkadzało jej tak bardzo jak obecna sytuacja, ale to tak na marginesie.

- Valentine nie ma jakiejś kryjówki? Tajnego schronienia?

*hermetyczny żarcik dla widzów serialu ON* No ma, ale na Ukrainę trochę daleko wam będzie… *hermetyczny żarcik dla widzów serialu OFF*

- Jeśli je ma, to rzeczywiście jest bardzo tajne - odparł Luke.

„Jeśli”? Luke, naprawdę? Poddajesz w wątpliwość, że Walentynka się ukrywał przez ostatnie szesnaście lat? Ja wiem, że Clave jest durne, ale nie aż tak, by nie zauważyć największego zbrodniarza w Świecie Cieni, jak kręci się im pod nosem. Prawda? Nieprawda.

- Zaczekaj chwilę - powiedziała Clary.
- Nigdy nie rozumiem, dlaczego ludzie to mówią - stwierdził Luke. - Nigdzie się nie wybierałem.

(Ta małpa ma minę podobną do mnie, kiedy muszę czytać wepchnięte do książki żarciki, które zupełnie nie pasują do sytuacji).

- Czy Valentine może być gdzieś w Nowym Jorku?
- Może.

Właściwie może być wszędzie, a na pewno gdzieś z dala od Nowego Jorku, miasta, gdzie ostatnio go widziano… Ale Cassie z urban fantasy kojarzy tyle, że akcja musi się dziać w mieście, więc (typowo) cała reszta planety orbituje wokół Nowego Jorku. Z Walentynką włącznie.

- Do Instytutu wszedł przez Bramę. Magnus mówił, że w Nowym Jorku są tylko dwie. Jedna  u  Dorothei,  a  druga  u  Renwicka. Ta u Dorothei została zniszczona, a poza tym jakoś sobie nie wyobrażam, żeby tam się ukrywał, więc...

Kolejny argument za tym, że kryjówką Walentynki nie jest Nowy Jork – ktoś myślący wybrałby miasto z większą ilością bram, najlepiej takich nieznanych szerszej publiczności. Noale. Valentine to złol ze schematycznego do bólu YA, czego ja oczekuję.

- Renwick? - Na  twarzy Luke'a odmalowało się  zdziwienie. - To nie  jest  nazwisko Nocnego Łowcy.

A dlaczego miałoby być? Bram ewidentnie nie pilnuje wasza rasistowska, ograniczona rasa.
+ Zdecydowanie nie jest, brzmi całkiem normalnie.

- A jeśli Renwick to nie osoba, tylko miejsce? - podsunęła Clary. - Restauracja,  hotel czy coś w tym rodzaju.

Wyjątkowo idiotę robi się nie z kwiatu młodzieży nefilimskiej, a przywódcy Podziemnych, który od lat mieszka w Nowym Jorku. Serio, skoro mają tak ograniczony wybór bram, normalnym byłoby, że każdy mieszkaniec podziemnego NY zna lokalizację OBU portali. Choćby na wypadek, gdyby Dorothea wyszła do spożywczaka po zakupy, a potrzeba transportu była pilna.

Oczy Luke'a nagle się rozszerzyły. Spojrzał na Gretel, która właśnie szła do niego z apteczką, i wydał polecenie:
- Przynieś mi książkę telefoniczną.
Kobieta  zatrzymała  się  w  pół  kroku  i  popatrzyła  na  niego  z  naganą,  trzymając  w wyciągniętych rękach tacę.
- Ale pańskie rany...  
- Zapomnij o moich ranach i idź po książkę telefoniczną - warknął Luke. - Jesteśmy na komisariacie policji. Musi tu gdzieś być.

Aha. Czyli nawet nie wiesz, czy macie książkę telefoniczną, tylko tak przypuszczasz? Przepraszam, ale odpuszczę sobie komentarz, bo nie stać mnie na nic poza „aha”. Autorka robi z każdego po kolei idiotę, który nie ma pojęcia o świecie i nie dba o podstawowe źródła informacji (w 2007 roku telefony stacjonarne stanowiły jeszcze dla wielu osób podstawowe wyposażenie domu, więc książka telefoniczna byłaby przydatna choćby do lokalizowania członków sfory, bo przecież nie wszyscy są wyklęci i poza prawem, nie? Nie? Cassie? Może coś na ten temat powiesz?). I nawet nie pytam, jak zaanektowali sobie posterunek policji na bazę.

Gretel postawiła tacę na ziemi i wymaszerowała z celi z rozdrażnieniem na twarzy.

Też bym czuła rozdrażnienie, gdyby taki tłumok był moim alfą.

Luke spojrzał na Clary ponad okularami które jak zwykle zsunęły mu się na koniec nosa.
- Dobry pomysł.

– Och, przestań. – Clary skromnie spuściła wzrok. – To tylko wpływ imperatywu narracyjnego.

Clary  nie  odpowiedziała.  Żołądek  miała  ściśnięty  w  twardy  supeł,  tak  że  nawet oddychanie sprawiało jej trudność. Gdzieś w zakamarkach umysłu zaczęła jej świtać jakaś myśl, ale odepchnęła ją zdecydowanie. Nie mogła sobie pozwolić na marnowanie energii  na
coś innego niż najważniejsza sprawa.

Tutaj pozwolę sobie skomentować dosyć powszechną tendencję, którą powyższy cytat świetnie ilustruje. NIE CIERPIĘ, kiedy autorzy piszą, że postaci COŚ zaczęło świtać, ale nigdy nie określają, co (tak na marginesie, w przypadku Eklerki już kilkakrotnie mieliśmy z tym do czynienia). To zwyczajne lenistwo, które ma na celu wprowadzić odpowiedni nastrój przy najmniejszym wysiłku i pomysłowości. Pan Ośmiorniczka COŚ Clary przypominał. Kropka. COŚ Clary świta, ale takiego wała, że wam powiem. Na litość borską, Clare! Jesteś pisarką, do jasnej cholery. Naucz się, że słowa mają znaczenie i zacznij je dobierać tak, byś nie musiała udowadniać czytelnikom, jak bardzo masz ich w tyłku, póki dbają o stan twojego konta.

Gretel wróciła z żółtą książką o zawilgoconych stronicach i podała ją przywódcy, nadal urażona.

Czy ta komenda znajduje się na bagnach, że panuje tam taka wilgoć?

-W książce  telefonicznej  jest  siedmiu  Renwicków - oznajmił  Luke. - Żadnych restauracji,  hoteli  czy  innych  tego  rodzaju  miejsc.

Jeśli ta książka telefoniczna jest aktualna, do Dumort chociażby też nie znajdziesz numeru, co nie znaczy, że takiego miejsca nie ma, po prostu obróciło się w ruinę. Może sprawdź na mapie, o ile poziom wilgotności na komendzie nie zmienił jej w papier-mâché.

- To nie Nocni Łowcy.

To już chyba ustaliliśmy? A poza tym Nocni Łowcy z zasady nie mieszkają POZA Instytutami, więc skąd w ogóle pomysł, że to mógłby być Nocny Łowca? I kto powierzyłby Nocnemu Łowcy portal poza Instytutem, ergo taki, z którego korzystają Podziemni?

Wydaje mi się nieprawdopodobne, żeby Valentine urządził sobie kwaterę główną w domu Przyziemnego albo Podziemnego.

Bo zabicie właściciela i przejęcie jego domu totalnie nie jest czymś w stylu Walentynki, prawdaż.

- Masz telefon? - przerwała mu Clary.
- Nie  przy  sobie. - Luke  łypnął  na Gretel sponad książki telefonicznej. - Mogłabyś przynieść mi telefon?
Kobieta prychnęła z oburzeniem, cisnęła zakrwawione szmaty na podłogę i po raz drugi wymaszerowała z celi.

Nie dziwię się, jest drugą najważniejszą osobą w stadzie, a robi za przynieś-podaj-pozamiataj. Frustrujące. Powinna się zgadać z wampirzycą Lily.

Luke odłożył książkę na stolik, wziął bandaż i zaczął nim owijać pionowe cięcie na żebrach.
- Przepraszam - powiedział, kiedy zauważył spojrzenie  Clary. - Wiem, że to brzydki widok.

Co też skłania mnie do pytania, dlaczego nie opatrzono go wcześniej. Rozumiem, że sam Luke, jak przystało na bohatera Clare, jest tłukiem i nie wpadł na to, by uleczyć rany, gdy już przytaszczył Eklerkę na posterunek, ale czemu nikt inny nie zwrócił mu na to uwagi? Chyba nowojorskie stado próbuje po cichu pozbyć się alfy.

- Jeśli złapiemy Valentine'a, możemy go zabić? - spytała  znienacka Clary.

Cóż, gdyby Walentynka był takim geniuszem, jak wszyscy twierdzą, nie trzymałby twojej matki pod ręką i zabicie go byłoby równoznaczne z tym, że nigdy jej nie odnajdziesz, ale śmiało. Usunięcie Jocelyn z krajobrazu na stałe nie stanowi jakiejś ogromnej szkody. Wręcz przeciwnie, gdyby mnie ktoś pytał.

Luke omal nie upuścił bandaża.

Niedowład kończyn jako choroba zakaźna, wielki powrót!

- Zabił  mojego  starszego  brata.  Zabił  moich  dziadków.  Tak  czy  nie?
Luke obciągnął koszulę.
- I myślisz, że jego śmierć wymaże tamte zbrodnie? Że przywróci im życie?

Wiecie co? Tak abstrahując od Eklerki, której niepokojąco łatwo przychodzi autentyczna chęć zabicia kogoś, po raz kolejny zastanawia mnie kretynizm Nocnych Łowców. Valentine, niczym zagorzała Matka Polka, bębnił na prawo i lewo, jak to dzieci są przyszłością gatunku. Tymczasem swoje jedyne, jedynego dziedzica nazwiska, miał tak po prostu zabić? To w ogóle nie leży w jego charakterze, a z wiedzą, którą posiada Jocelyn na temat potomstwa… cóż, tym bardziej, gdy ochłonęła, powinna zrozumieć, że sprawa wygląda podejrzanie.

Zanim  Clary  zdążyła  odpowiedzieć,  wróciła  Gretel.  Z  męczeńskim  wyrazem twarzy podała Luke'owi toporną, staroświecką komórkę.

Zaczynam lubić Gretel, kobieta wydaje się autentycznie zmęczona każdym wejściem na scenę.

Ciekawe, kto płaci rachunki za telefon, pomyślała Clary i wyciągnęła rękę.

To brzmi trochę tak, jakby nikogo nie było na to stać. Bo to wcale nie tak, że skoro Luke prowadzi własny biznes, inne wilkołaki również mogą normalnie chodzić do pracy, prawdaż.
+ Podziwiam, że Eklerkę potrafią zastanawiać takie pierdoły, a przez trzynaście rozdziałów nie rozpatrywała w ogóle kwestii, przykładowo, pokrewieństwa pomiędzy sobą i Walentynką.

- Pozwolisz, że zadzwonię?
Luke się zawahał.

…a ten telefon to kazał przynieść, bo myślał, że Eklerka chce sobie pyknąć szybko partyjkę w Snake’a? Bo przecież ile powodów mogła mieć Clary, by spytać, czy Luke ma przy sobie telefon? I to w takich okolicznościach?

- Clary...
- W sprawie Renwicka. To zajmie tylko chwilę.
Luke niechętnie podał jej telefon. Clary wybrała numer i odwróciła się bokiem, żeby mieć choć złudzenie prywatności. Simon odebrał po trzecim sygnale.

Bo poproszenie Luke’a, by na chwilę wyszedł, to byłoby zbyt wiele, a rozmowa na temat lokalizacji portalu jest przecież taką prywatną sprawą. Tak, wiem, czepiam się, ale nie potrafię inaczej, skoro Eklerki nie dręczyły podobne problemy, gdy dzwoniła do Simona w sprawie transportu, a byli wówczas pokłóceni.

- Halo?
- To ja.
- Nic ci nie jest ? - Jego głos wzrósł o oktawę.

Cóż, Clary jako jedyna praktycznie wcale nie ucierpiała w czasie walki z demonem, więc to pytanie oznacza jedno: charakter Simona wrócił do normy i znów jest ciastoliną na usługach tej małej zołzy.

- Wszystko w porządku. Dlaczego pytasz? Słyszałeś coś od Isabelle?
- Nie. Co miałbym usłyszeć od Isabelle? Coś się stało? Chodzi o Aleca?
- Nie. – Clary nie chciała kłamać, że z Aleckiem jest wszystko dobrze. – Nie chodzi o niego. Chcę tylko, żebyś czegoś poszukał w necie.

Tak właściwie to dlaczego Eklerka nie zapytała Luke’a, czy mają tu komputer? To komenda policyjna, skoro są w posiadaniu książki telefonicznej czy telefonu, komputer też powinien się znaleźć. Jak w ogóle wilkołaki zaanektowały ten budynek na swoją bazę, że tak powtórzę pytanie? I tak, istnieje możliwość (pewnie nawet pewność, w końcu wilkołaki takie dzikie i ubogie, że ociepanie), że nie ma tu komputera, ale Eklerka nawet NIE SPYTAŁA. A co, jeśli Simon byłby teraz na zakupach z mamą? Albo u Erica, a telefon by mu padł? Geny mamusi są w naszej bohaterce bardzo silne.

Simon, jak przystało na Simona, się zgadza i pyta, co konkretnie ma wyszukać. Przy okazji dowiadujemy się, że Padawan Friendzone’a posiada kota, ponieważ Clary słyszy przez telefon, jak przyjaciel zgania go z klawiatury.

Przez  cały  czas  czuła  na  sobie  zaniepokojony  wzrok Luke’a. W taki sam sposób patrzył na nią, kiedy w wieku jedenastu lat miała grypę z wysoką gorączką. Przynosił jej wtedy kostki lodu do ssania i czytał na głos ulubione książki z podziałem na role.

Chyba wszyscy się zgodzimy, że obsesja miłość Luke’a do któregoś z rodziców Eklerki – ostatni rozdział poddał w wątpliwość, czy obiekt uczuć Garrowaya to na pewno Jocelyn – jest wyjątkowo silna, skoro z własnej woli znosił Clary od dziecka. Skoro ta rozwielitka marudzi cały czas, będąc zdrową, wyobraźcie sobie, jakie wyżyny nieznośności musi osiągać, kiedy naprawdę źle się czuje.

- Masz rację – powiedział Simon, wyrywając ją z zamyślenia. – To jest miejsce. Albo przynajmniej było. Teraz jest opuszczone.
Clary mocniej ścisnęła telefon w spoconej dłoni.
- Mów.
- „Znany zakład psychiatryczny, więzienie dla dłużników i szpital zbudowany na  wyspie  Roosevelta  w  dziewiętnastym  wieku” – przeczytał  Simon – „Budynek zaprojektowany  przez  Jacoba  Renwicka  z  przeznaczeniem  dla  najbiedniejszych  ofiar niekontrolowanej epidemii ospy wietrznej na Manhattanie, w następnym wieku został opuszczony z powodu złego stanu. Wstęp do ruin jest zabroniony.”

Cassie, twoje budowanie atmosfery jest nawet mniej subtelne niż ten nieszczęsny Czarnobyl z serialu. Zapewne, gdybyś nie pisała tej książki w czasach, gdy słowo „gwałt” nie przechodziło autorom YA przez klawiaturę, Renwick byłoby również więzieniem dla gwałcicieli. W końcu klimacik musi się zgadzać.