niedziela, 22 października 2017

18. Kielich Anioła

Kochani, mam dwie wiadomości, dobrą i złą. Dobra jest taka, że… ee… „Brooklyn 9-9” trzyma poziom. Zła? Cóż.


Witajcie w głowie Jace’a Waylanda.


tenor.gif
(Dodatkowego znaczenia temu gifowi nadaje fakt, że widzimy na nim filmowego Simona).


Tyle tylko mogę rzec w ramach błyskotliwego wstępu. No to jedziemy z tym koksem.


Jace leżał na łóżku i symulował, że śpi - na własny użytek, niczyj inny


Po pierwsze: to zdanie brzmi równie bezsensownie w oryginale, sprawdziłam ze trzy razy. Po drugie: wciąż jesteśmy w trakcie nocy urodzin Clary. Najwidoczniej udaje, że śpi, by pokazać swojego ostentacyjnego focha… nikomu? Dobrze się zaczyna. Och, Cassie, ty wiesz, jak jednym prostym posunięciem jeszcze pogrążyć swój mokry sen – po prostu wpuść nas do jego umysłu! Byle nie za daleko. Zdrowie psychiczne jeszcze mi się przyda.


- kiedy bębnienie do drzwi w końcu zmusiło go do reakcji. Dźwignął się z trudem, krzywiąc się i posykując. Choć w oranżerii udawał, że czuje się świetnie, po przygodach ostatniej nocy był
cały obolały.


Cóż, jestem w szoku. Autorka po raz drugi na całą książkę pamięta, że komuś coś się stało. Szkoda, że Jacuś też dostał Zajebistą Herbatkę Hodge’a. Skoro leczy natychmiastowo złamane kości, z siniakami i całą resztą też sobie radzi. Ba! Eklerce pomogła po trzech dniach śpiączki, co wałkowałam na tym blogu aż do znudzenia. Więc nie, Cassie, nie było za bardzo szans, by cokolwiek odczuł, o ile Hodge nie odmówił podania mu herbatki, w co szczerze wątpię, skoro taka z niego miękka pała w sprawie Jace’a. O tym, jak okrutne i niewychowawcze by to było, nawet nie wspominam. Autorka nie zawraca sobie w ogóle głowy takimi pierdołami jak kreacja dobrego pedagoga, to po co ja będę strzępić język.


Wiedział, kto to jest, zanim otworzył drzwi.


Jak na typowego toksycznego gnojka przystało, Jace Wayland wiedział, że jego ofiara wróci.


Może Simonowi znowu udało się zmienić w szczura?


Jedyną osobą, która zaczyna obrażać Simona jeszcze szybciej niż Clary, jest właśnie Płowy Buc.


Tym razem mógł sobie zostać cholernym gryzoniem na zawsze, bo Jace Wayland nie zamierzał nic zrobić w tej sprawie.


Och, łaskawcze, ileż poświęciłeś ostatnio. Prawie zdołałam zapomnieć, że Simon jako szczur uratował ci tyłek dwa razy.


Trzymała  w  rękach  szkicownik.  Kosmyki  jasnych  włosów  wymykały  się  z jej warkoczy. Jace oparł się o futrynę, nie zważając na przypływ adrenaliny spowodowany jej widokiem.


Podejrzewam, że wiecie, co chcę w tym momencie napisać. Bardzo, bardzo chcę. Ale ponieważ to blog na poziomie (he he), ograniczę się jedynie do gifa, którym można podsumować moje chęci:


DlwrCOY.gif


Nie po raz pierwszy zastanawiał się, dlaczego Clary tak na niego działa.


Bo jest główną bohaterką. Nie ma za co.


Isabelle używała swojej urody tak samo jak bata, natomiast Clary nie zdawała sobie sprawy, że jest piękna. Może właśnie dlatego.


Mam nadzieję, że lubicie moje elaboraty, bo to najszybsze pojawienie się elaboratu w historii tej analizy. Poważnie, nie wyszliśmy nawet za drugą stronę dokumentu, o rozdziale nie mówiąc (trzeci akapit, Clare, zabiłaś mnie już TRZECIM AKAPITEM). Chyba wszyscy już domyślacie się, o co mi chodzi. O to, jak w literaturze YA (i nie tylko tam, ale ja tu jestem od słabych książek dla młodzieży) ukazuje się pewność siebie. Ile potrafilibyście wymienić bohaterek, które są świadome swojej urody? Szybka lista, tylko kilka pierwszych skojarzeń. A teraz pomyślcie: czy którakolwiek z nich została ukazana w pozytywnym świetle? Jeśli tak – czy wcześniej nie zaczęła przypadkiem bić pokłonów przed główną bohaterką, przepraszając za bycie wredną? Z jakiegoś powodu to, że ładna dziewczyna ma świadomość, jak wygląda, nie wstydzi się tego i lubi o tę urodę dbać jest piętnowane. Clare idzie nawet krok dalej, ustami Jace’a sugerując, że Eklerka robi większe wrażenie, ponieważ nie wie, jaka jest piękna. Naprawdę, już pomińmy ten uderzający do targetu zabieg, że oto główna bohaterka, dziewczyna taka jak ty, czytelniczko, jednak jest piękna, ale nie zdaje sobie z tego sprawy! Miejmy litość. Skupmy się na tym paskudztwie, które wylewa się z zaledwie trzech zdań. Kochani, pamiętajmy, że tę książkę czytają młode dziewczyny. Czasem naprawdę bardzo młode. Wyobraźmy sobie taką przeciętną trzynastolatkę, która problemów z samooceną nie ma, wręcz przeciwnie, lubi się podobać. Może nawet podczas lektury polubiła bardziej Isabelle niż Clary. Szanse, że taki akapit utknie jej gdzieś w głowie, wcale nie są takie małe. Nie zawsze jesteśmy tego świadomi, ale nawet jedno zdanie potrafi wryć się nam w pamięć. Chcecie dowodu? Zajrzyjcie do dyskusji toczącej się wokół dosłownie jednego zdania, które padło w ostatnim tomie „Opowieści z Narnii”. Toczącej się, notabene, wokół podobnego, acz nie identycznego zagadnienia. Problem w tym, że C. S. Lewis był mężczyzną, w dodatku żyjącym w trochę innych realiach niż Cassie Clare i inne autorki YA, powtarzające to samo, jakby były papugami. Więc, Cassie? Przestań siać w swoich książkach podwójne standardy, niechęć do własnej płci i inne takie. Atrakcyjne, pewne siebie dziewczyny nie zawsze kopią dla zabawy szczeniaczki. Dlaczego mówię o dziewczynach? Bo w przypadku Jacusia świadomość własnej urody to zaleta! Coś, co dodaje mu badassowości!


tenor.gif


Mój Boru, przejdźmy już do akcji. To łatwiej znieść niż poglądy naszych bohaterów.


Przychodził mu do głowy tylko jeden powód jej wizyty, choć nie miał sensu po tym, co Jace jej powiedział.


…przyszło mu do głowy jedynie, że Clary przyszła się z nim migdalić? NIE zażądać wyjaśnień, dlaczego nagle dostał bólu czterech płowych liter i zaczął ją obrażać? NIE przydzwonić mu szkicownikiem prosto w facjatę? KTO GO ZROBIŁ TRU LOFFEM I KTO NA TO POZWOLIŁ?!


Słowa były bronią, nauczył go tego ojciec, a on chciał zranić Clary bardziej  niż  jakąkolwiek  inną  dziewczynę.


Panowie i panie – nasz tru loff. Niech ten rozdział się już skończy.


Właściwie  nigdy  wcześniej  nie  chciał  żadnej zranić. Zwykle po prostu ich pragnął, a potem wolał, żeby zostawiły go samego.


Cassie, może ci umknęło, ale piszesz o szesnastolatku. Tak, też miałam tyle lat i wiem, co dzieje się w ich głowach, ale robienie z Jace’a bożyszcza jest
  1. niesmaczne;
  2. tak trochę nierealne?
Serio, pomyślcie nad tym chwilę. To pytanie chyba już padło w analizie, ale kogo miałby podrywać Jacuś w ilościach hurtowych? W Nowym Jorku nie ma żadnych Nocnych Łowczyń poza Isabelle i jej matką. Przyziemnymi Płowiec gardzi. Zostają Podziemni, którymi też gardzi, ale – jak udowadnia przykład Kaelie – nie stanowi to przeszkody. Problem w tym, że nie tylko Jace jest jeszcze smarkaczem i naprawdę wątpię, by wiele mających co najmniej kilka dekad stworzeń umierało z pożądania do niego, a poza tym… jeśli jeszcze nie zauważyliście, Nocni Łowcy nie są zbyt popularni w Podziemiu. Jacuś stanowi wręcz ucieleśnienie wszystkich najgorszych was Nocnych Łowców. Czemu JAKAKOLWIEK Podziemna miałaby chcieć mieć z nim do czynienia?


- Nie mów mi, że Simon zmienił się w ocelota, a ja mam go ratować, zanim Isabelle przerobi go na etolę - powiedział, przeciągając słowa w sposób, którego Clary nie znosiła.


Kończą mi się zdjęcia Strasburgera. A poza tym Płowiec to skończony gnojek.


- Niestety, będziesz musiała zaczekać do rana. Teraz nie przyjmuję zleceń. - Wskazał na swoją piżamę z dziurą na rękawie.


Cassie, jestem doprawdy strasznie zawiedziona, że uosobienie płowego piękna nie sypia bez koszulki.


Clary jakby go nie słuchała.


Słusznie, bo nie warto.


- Jace, to ważne.
- Nie mów. To nagły przypadek. Potrzebujesz nagiego modela. Cóż, nie jestem w nastroju. Możesz poprosić Hodge’a - dodał po namyśle. - Słyszałem, że zrobi wszystko za…


Clary wygląda na wzburzoną. Na tyle wzburzoną, by przyjść akurat do Jace’a, świeżo po tym, jak zadał jej psychiczny ból. Co robi nasz wymarzony tru loff? DRWI Z NIEJ.


- Jace! - przerwała mu, podnosząc głos. - Zamknij się na sekundę i wysłuchaj mnie, dobrze?
Wzięła głęboki wdech i z niepewną miną spojrzała mu w oczy, a w nim wezbrało nieznane mu do tej pory pragnienie, żeby ją objąć i powiedzieć, że wszystko jest w porządku. Nie zrobił tego. Z doświadczenia wiedział, że rzadko „wszystko jest porządku”.


Szczególnie kiedy ktoś się na tobie wyżywa z powodu swojej wydumanej zazdrości. Ale do tego Płowiec już nie doszedł.


Clary oznajmia Jace’owi, że chyba wie, gdzie jej matka schowała Kielich Anioła.


- Co? - Jace nadal gapił się na nią tak, jakby właśnie oznajmiła, że przyłapała jednego z Cichych Braci, jak nago wywijał fikołki w holu.


Cassie, zatrzymaj tę karuzelę śmiechu, bo nie wyrobię.


- Masz na myśli, że ukryła go za obrazem? Wszystkie w twoim mieszkaniu zostały wyrwane z ram.


Jacek, ja wiem, że Clary nie jest zbyt inteligentna, ale nawet ona widzi różnicę pomiędzy NA obrazie, a ZA obrazem.


- Wiem. - Clary zajrzała do jego sypialni i z ulgą stwierdziła, że nikogo tam nie ma.


Niezbyt wiem, kto miałby tam być, skoro jest nieźle po północy, a w Instytucie wszyscy są obrażeni na wszystkich.
+ Niespodziewana zmiana narratora jest niespodziewana. Serio, od tej pory wracamy do punktu widzenia Eklerki. Nie, żebym miała zatęsknić za Płowcem i jego myślami.


- Może wejdę? Chcę ci coś pokazać.
Jace odsunął się od drzwi.
- Jeśli musisz.


Kogo obchodzi ten głupi kubek, którego wszyscy szukają od szesnastu lat? Odczuj mojego focha.


Clary usiadła na łóżku i położyła szkicownik na kolanach. Ubranie, które wcześniej Jace miał na sobie, leżało na kołdrze, ale poza tym w pokoju panował porządek jak w celi mnicha. Na ścianach nie wisiały żadne obrazy, żadne plakaty ani fotografie przyjaciół czy rodziny. Pościel zakrywał biały koc, gładko naciągnięty. Nie tak wyglądały typowe sypialnie nastolatków.


Och, Jace, ty płowy płatku śniegu.
+ Rzeczywiście, typowe sypialnie nastolatków mają zwykle jakąś osobowość, bo i właściciele ją mają. Taką poza byciem kompletnym socjopatą bez żadnych pasji czy czegokolwiek.
+ Ile sypialni nastolatków widziała na żywo Clarissa „Nie Mam Znajomych Poza Simonem” Fray?


- Spójrz  na  to - powiedziała Clary, przewracając  kartki  szkicownika,  aż  znalazła właściwy rysunek.
Jace usiadł obok niej, odsuwając t-shirt na bok.
- Kubek do kawy.
- Wiem, że to kubek do kawy - powiedziała z irytacją Clary.
- Nie mogę się doczekać, aż narysujesz coś bardziej skomplikowanego, na przykład Most Brooklyński albo homara. Pewnie przyślesz mi śpiewający telegram.


Clary, jeszcze naprawdę nie jest za późno, by pójść z tym do Hodge’a, ewentualnie do Isabelle. Naprawdę wierzysz w kompetencję tego buca po ostatnich trzech dniach? Naprawdę uważasz, że może ci w jakikolwiek sposób pomóc po tym, co już odwalił?


Eklerka dzielnie ignoruje suche jak pieprz żarciki Jace’a i, poprzez przesunięcie dłonią nad rysunkiem, wyjmuje z kartki kubek kawy. Z rozczarowaniem przyznaje w duchu, że spodziewała się żywszej reakcji Płowca (chciała mu zaimponować czy co?), ale niestety musi się zadowolić lekkim wytrzeszczeniem oczu. Ach, priorytety.


- Ty to zrobiłaś?
Skinęła głową.
- Kiedy?
- Teraz, w mojej sypialni, po tym... po tym, jak Simon wyszedł.
Jego spojrzenie zrobiło się ostrzejsze, ale powstrzymał się od komentarza.


Ludzki pan.


Jace pyta, jakich runów użyła Clary. Nie zastanawia go, jak zadziałały bez steli, automatycznie przyjmuje, że ołówek wystarczy. Może do tego ołówka użyto drewna, które wcześniej posłużyło przy konstruowaniu stołu dla krzyżowców. Albo coś. Nie wiem, naprawdę, nie wiem, dlaczego tyle się gada o steli, a potem nikogo nie dziwi, że runy Clary działają bez niej.


- Nie  wiem. Same przyszły  mi do głowy, więc narysowałam  je  najdokładniej,  jak potrafiłam.
- Te, które widziałaś wcześniej w Szarej Księdze?
- Nie wiem. Nie potrafię ci odpowiedzieć.
- I nikt nigdy nie pokazywał ci, jak to robić? Na przykład, twoja matka?
- Nie,  przecież ci  już  mówiłam.  Matka  zawsze  mi  powtarzała,  że  nie  istnieje  coś takiego jak magia...
- Założę się, że ona nauczyła cię runów - przerwał jej Jace. - A później kazała ci zapomnieć. Magnus uprzedzał, że twoje wspomnienia powoli będą wracać.


Nie no, z której strony by nie spojrzeć, wniosek jest szalenie logiczny. Jocelyn reagowała kociokwikiem na każdy przejaw obecności magii wokół Clary i regularnie wymazywała jej pamięć, ewidentnie zamierzając to robić, jak długo tylko się da. Naturalnym następstwem jest nauczyć córkę runów tylko po to, by nigdy o tym nie pamiętała. Poważnie, Cassie? To nasz genialny detektyw? Dużo logiczniejszym byłoby stwierdzenie, że błyskawiczna znajomość run to efekt ujrzenia jednego ze znaków w Szarej Księdze. Jak RÓWNIEŻ mówił Magnus, mają bardzo silne działanie. Jak napomknął Jacuś, nawet on (wow, cóż za miarodajna kategoria) nie zna wszystkich zawartych tam symboli. Skąd wiadomo, że Eklerka nie rzuciła okiem na coś, co zmieniło ją w żywą encyklopedię run? Szczególnie że najwyraźniej użyła właśnie jakiejś rzadkiej i trudnej?
+ To już będzie czepialstwo, ale ten buc pobił rekordy i nie zamierzam się powstrzymywać: przerywanie. Takie kulturalne, takie dojrzałe.


Jace analizuje, gdzie dokładnie Jocelyn mogła schować kielich. Kochani, oto moment iluminacji Eklerki, ta chwila, w której nasza bohaterka, niczym na obrazku z memów, czuje połączenie ze wszechświatem, a jej mózg jaśnieje niby gwiazda:


Clary kiwnęła głową.
- Tak, ale nie w moim mieszkaniu.
- A gdzie? W galerii? Obraz może być wszędzie...
- Wcale nie na obrazie - powiedziała Clary. - Na karcie.
Jace zatrzymał się i odwrócił.
- Na karcie?
- Pamiętasz talię tarota Madame Dorothei? Tę, którą namalowała dla niej moja matka?
Jace skinął głową.
- A  pamiętasz,  jak  wyciągnęłam  z  niej  asa  kielichów?  Później,  kiedy  zobaczyłam posąg  anioła,  kielich  w  jego  ręce  wydał  mi  się  znajomy.  I  rzeczywiście  widziałam  go wcześniej. Na asie. Mama namalowała Kielich Anioła na talii tarota Madame Dorothei.


Przyznaję bez bicia: ten pomysł również nie jest zły. Co więcej, plan Jocelyn ma sporą lukę, ponieważ opiera się w sporej mierze na ufaniu sąsiadce, która jej nie lubi. Niemniej sama idea ukrycia kielicha całkiem Cassie wyszła. Nawet foreshadowing nie dawał czytelnikowi po pysku jak boksujący kangur, co rzadko się pani Clare udaje. To aż przykre, że tak niewiele pomysłów autorki mogę pochwalić, ponieważ w podobnych sytuacjach można dostrzec to drzemiące minimum potencjału. Chyba że to kolejny splagiatowany pomysł, ale mnie osobiście nic się nie kojarzy.


- Bo uznała, że tak będzie najbezpieczniej, a poza tym w ten sposób mogła dać go Dorothei na przechowanie, nie mówiąc jej, co to jest ani dlaczego musi go ukryć - powiedział.
- Albo że w ogóle musi go ukryć. Dorothea nigdy nie wychodzi z domu, nikomu by go nie oddała...
- A twoja matka mogła mieć oko na Kielich i na nią. - W głosie Jace’a pobrzmiewał
podziw. - Niezłe posunięcie.


Pod warunkiem, że pozbawionej mocy Dorothei nikt nie okradnie, choćby po to, by jej ładniejsze bibeloty sprzedać. Albo że sama Dorothea przypadkiem nie zaleje sobie kart herbatą. Albo wiele innych czynników. Choć, jak na intelekt Jocelyn, plan naprawdę był genialny.


- Chyba  tak. - Clary starała się zapanować nad drżeniem głosu. - Wolałabym jednak, żeby tak dobrze go nie ukryła.
- Co masz na myśli?
- Gdyby  go  znaleźli,  może  zostawiliby  ją  w  spokoju.  Jeśli  chodziło  im  tylko  o Kielich...


Zachowajmy spokój, drodzy czytelnicy. Nie chcemy chyba spłoszyć rzadkiego okazu Clary troszczącej się o matkę?


- I tak by ją zabili, Clary. Ci sami ludzie, którzy zamordowali mojego ojca. Jeśli ona jeszcz żyje, to tylko dlatego że nie znaleźli Kielicha. Ciesz się, że jest tak dobrze schowany.


A tu równie rzadki okaz Jacusia, który stara się zapewnić Clary wsparcie. Nieco koślawo, ale wciąż.


Przeskok!


- Naprawdę nie rozumiem, co to ma z  nami wspólnego - stwierdził  Alec,  mrużąc
zaspane oczy.


Na dzień dobry obrywamy Alekiem-służbistą, którego nie obchodzi miejsce ukrycia Kielicha Anioła. Niech ktoś go szybko zabierze z tej książki.


Jace obudził o świcie resztę mieszkańców Instytutu i zaciągnął ich do biblioteki, żeby „opracować strategię bitwy”


Ja się może pogubiłam, ale jakiej znowu bitwy? Jace powołał się na Clave przy samej rozmowie z Dorotheą. Wystarczy ponownie się na nie powołać, konfiskując karty, bo mogą mieć coś wspólnego z zaginięciem Jocelyn. Ewentualnie przekazać te informacje przysłanym do NY agentom Clave, którzy zrobią to samo, tylko zabrzmią wiarygodniej niż szesnastoletni, arogancki szczyl. Nawet jeśli Dororthea zacznie coś podejrzewać, karty będą już wtedy bezpieczne w Instytucie, albo i Idrisie.
+ Tłumaczenie pomija fragment mówiący o blednących siniakach Jace’a. Ponownie – runy nie leczą siniaków?


Alec był jeszcze w piżamie, Isabelle w różowym peniuarze.


Piętnastolatka, nawet najpiękniejsza, jawi mi się nieco kuriozalnie, sypiając w czymś w tym stylu:


il_340x270.1282540635_iqm0.jpg
(Tak, wiem, że istnieją ładne peniuary, ale umówmy się – Isabelle jest rysowana tak grubą kreską, że równie dobrze mogłaby sypiać w czymś takim).


Hodge pił kawę z wyszczerbionego niebieskiego kubka. Tylko Jace wyglądał na naprawdę rozbudzonego.


Przysięgam, potencjalna wizja zastosowania na kimś przemocy tak na niego działa. W sypialni wydawał się zaledwie nieco zainteresowany tematem.
+ Dziwne byłoby, gdyby ktoś poza Jacusiem wyglądał na rozbudzonego, skoro facet bladym świtem wyrwał resztę z łóżek. (Acz najwidoczniej jednak uznał, że narady mogą poczekać, aż Hodge’owi nie zagotuje się woda na kawę).


- Myślałem, że poszukiwania kielicha są teraz w rękach Clave - dodał Alec.


Ja też tak myślałam, ale najwidoczniej oboje się myliliśmy.


- Lepiej, jeśli zajmiemy się tym sami - oświadczył niecierpliwym tonem Jace. - Hodge i ja już omówiliśmy tę sprawę i właśnie tak postanowiliśmy.


Mówiłam, że Hodge ma wobec Jace’a miękką pałę, pardon my French. Mniej niż dobę temu na niego nakrzyczał i oświadczył, że więcej mu nie zaufa. CZEMU pozwala mu wchodzić w paradę o wiele lepiej wyszkolonym i o wiele bardziej doświadczonym DOROSŁYM Nocnym Łowcom?!


- Dobrze. - Isabelle wetknęła za ucho warkocz  przewiązany różową wstążką. - Ja
jestem gotowa.


Zastanawiam się, czy Isabelle ma na sobie znienawidzone przez Clary klapki, czy jednak przyozdobione futerkiem pantofle na obcasie.


- A  ja  nie - burknął  Alec. - W  mieście  są  teraz  agenci  Clave  i  szukają  Kielicha. Przekażcie im informację i niech zrobią, co do nich należy.


Hej, przynajmniej Alec wrócił do normy! Tęskniłam, jedyny inteligentny Nocny Łowco w Nowym Jorku.


To nie takie proste - powiedział Jace.
- Jest  proste. - Alec zmarszczył brwi. - To nie ma nic wspólnego z nami, tylko z twoim... uzależnieniem od niebezpieczeństwa.


Alec?


tumblr_os5tz1bGjp1tgm8reo1_500.gif


Wyraźnie zirytowany Jace pokręcił głową.
- Nie rozumiem, dlaczego się ze mną kłócisz.


Bo jesteś narcystycznym kretynem bez krzty racji.


Bo  nie  chce,  żeby  coś  ci  się  stało,  pomyślała  Clary,  zdumiona  jego krótkowzrocznością. Jak mógł nie widzieć, co naprawdę dzieje się z Alekiem?


Ponieważ ma głęboko w okrężnicy uczucia innych ludzi. Do tego, żeby martwić się o innego człowieka, nie trzeba być zakochanym, więc naprawdę, tu nie chodzi o krótkowzroczność Jacusia, tylko o to, jak bardzo ma wywalone na swoich (ponoć) bliskich. Ale dziękuję, Clary, za przypomnienie mi, że ty również jesteś kawałem emocjonalnego betonu, dla którego jakakolwiek troska musi być związana z MIŁOŹDZIOM ROMANTYCZNOM.


Z drugiej strony, ona też przegapiła to samo, jeśli chodzi o Simona. Jakie miała prawo go oceniać?


W sumie niewielkie, aczkolwiek w kwestii podkochiwania się oddajmy Jace’owi sprawiedliwość, że Alec jest w swoich uczuciach dużo mniej oczywisty, a o tej dwójce nie plotkuje całe otoczenie.


- Dorothea,  właścicielka  Sanktuarium,  nie  ufa  Clave - wyjaśnił  Jace. - Wręcz  ich nienawidzi. Ufa tylko nam.


Jestem szalenie ciekawa, skąd żeś wytrzasnął tę ostatnią informację. Zwłaszcza w obliczu faktu, że ostatnio powoływałeś się na Clave, więc czemu miałaby cię od nich odróżniać?
+ Jak rozumiem, Clave, najwyższy organ władzy Nocnych Łowców, może jedynie rozłożyć bezradnie rączki, jeśli quasi-Podziemna powie im „walcie się”? Bezradność dorosłych w tym uniwersum wciąż wkracza na nowe poziomy.


- Ufa  mnie - odezwała się Clary. - Nie  wiem, jak z tobą. Nie jestem pewna, czy w ogóle cię lubi.
Jace ją zignorował.


Idealny materiał na życiowego partnera. Idealny materiał na super-ekstra-hiper wojownika i agenta.


- No, dalej, Alec. Będzie dobra zabawa. I pomyśl, jaka chwała na nas spłynie, jeśli zwrócimy Kielich Anioła do Idrisu. Nasze nazwiska nigdy nie zostaną zapomniane.


Wydawało mi się, że jedyne, czego Jace pragnie, to zemsta na mordercach ojca? Co on znów bredzi o chwale? Bo raczej nie jest to przynęta na Aleca, zakładając, że Jacuś choć minimalnie zna własnego parabatai.


- Nie zależy mi na  chwale - odparł Alec, nie spuszczając wzroku z twarzy Jace’a. - Zależy mi na tym, żeby nie robić nic głupiego.


Biedne chłopię, nadal chyba przeżywa w duchu swój atak pomroczności jasnej sprzed dwóch rozdziałów.


- Jednak w tym wypadku Jace ma rację - odezwał się Hodge. - Jeśli Clave pójdzie do Sanktuarium,  będzie  katastrofa.  Dorothea  ucieknie  z  Kielichem  i  pewnie  nigdy  go  nie
znajdziemy. Nie, Jocelyn wyraźnie chciała, żeby jedyną osobą, która będzie w stanie znaleźć Kielich, była Clary.


Więc. Powiedzcie. O. Tym. Clave! Niech ją podrzucą do Dorothei i czekają tuż za progiem kamienicy, aż Clary wyjdzie z kartami! To naprawdę nie jest skomplikowane, a z pewnością lepsze niż wysłanie z nią agresywnego kretyna, który w mieszkaniu posprzątanym przez demony nie spodziewa się Wyklętego, MAJĄC W RĘKU SENSOR.


- Więc niech idzie sama - skwitował Alec.


Cassie, nie. Proszę cię, nie znowu.


Nawet Isabelle wydała  lekki okrzyk zaskoczenia.


Nie dziwię się. Widok brata w wersji OOC może być dosyć szokujący.


Jace, który opierał się rękami  o biurko, wyprostował się i spojrzał chłodno na Aleca. Tylko on może wyglądać wyniośle w piżamie, pomyślała Clary.


Ba, jestem pewna, że Jacuś prezentowałby się dostojnie nawet w pieluchomajtach i butach clowna. Bycie ucieleśnieniem fantazji autorki do czegoś zobowiązuje.


- Jeśli boisz się Wyklętych, zostań w domu - powiedział cicho.


Przynajmniej jeden z was przewiduje, że będziecie mieć do czynienia z jakimiś Wyklętymi.
+ Skoro fakt, że Alec się boi, najwidoczniej jest prawdą, nie ma to jak uderzać w czuły punkt najlepszego przyjaciela przy świadkach.


Alec zbladł.
- Nie boję się.
- W takim razie nie ma problemu, prawda? - Jace rozejrzał się po pokoju. - Działamy wszyscy razem.
Alec wymamrotał coś pod nosem, a Isabelle energicznie pokiwała głową.
- Jasne. Będzie zabawnie.


Isabelle, czasem odnoszę wrażenie, że jesteś ofiarą lobotomii. Ewentualnie uderzyłaś się za mocno w głowę. Po pierwsze: mówimy o misji, która chwilowo nie wydaje się jakoś szczególnie niebezpieczna, ale ZALEŻĄ OD NIE LOSY CAŁEGO PODZIEMIA. Zabawnie? Serio? Po drugie: Jacuś właśnie pojechał po twoim bracie. Wiesz, że jest gejem, a nie znasz jego słabych stron? Nie możesz powiedzieć Płowcowi, by się przymknął? Jakoś obronić brata? Naprawdę pominiemy milczeniem ten atak na Aleca?


Cóż, najwidoczniej. Czego ja się spodziewam.


- Nic nie wiem o zabawie, ale oczywiście wchodzę w to - oświadczyła Clary.


Nawet jeśli odzywka Isabelle była głupia, to i tak zauważę, Eklerka musi podkreślić, w jakiej opozycji do panny Lightwood stoi. Ale tak tak, Clary, ona cię nienawidzi.


- Jeśli obawiasz się, że to niebezpieczne, nie musisz iść - wtrącił pospiesznie Hodge. - Możemy zawiadomić Clave...


…przecież chwilę temu ustaliliśmy, że Clary jest niezbędna do odzyskania kielicha. Cassie, czy ty czytasz to, co piszesz? Choćby kilka zdań wstecz?


Eklerka, rzecz jasna, dzielnie protestuje i oświadcza, że skoro jej mama chciała, by Clary znalazła Kielich Anioła, to Clary go znajdzie. Cóż, Jocelyn prawdopodobnie nie chciała, by ktokolwiek go znalazł, ale rozumiem przekaz.


- Tak czy inaczej, nie martw się - powiedziała Isabelle. - Wszystko  będzie  dobrze.  Poradzimy  sobie  z  paroma  Wyklętymi.  Są  szaleni,  ale niezbyt bystrzy.


Nie świadczy to najlepiej o zdolnościach Jace’a, ale wszyscy już zdajemy sobie z tego sprawę.
+ Mam nadzieję, że czujecie tę nienawiść, którą ocieka Isabelle.


- I dużo łatwiej się z nimi rozprawić niż z demonami - dodał Jace. - Nie są tacy
podstępni. Aha, będziemy potrzebowali samochodu. Najlepiej dużego.


Pogrążasz się, Jace.


- Po co? - zapytała Isabelle. - Nigdy wcześniej go nie potrzebowaliśmy.
- Nigdy nie byliśmy odpowiedzialni  za  niezwykle  cenny  przedmiot - wyjaśnił Jace. - Nie chcę przewozić go metrem.
- Są taksówki - upierała się Isabelle. - I furgonetki do wynajęcia.


Okej, Cassie, tak na serio: czy tobie sprawia jakąś perwersyjną przyjemność robienie z Isabelle idiotki? Przecież ona bredzi skończone bzdury za każdym razem, gdy przychodzi do rozmów na poważne tematy. Porwanie Jocelyn jest romantyczne. Taksówka to świetny środek transportu dla Kielichu Anioła. Przy niej nawet Clary wychodzi na bystrą, ale zapewne właśnie taki był cel.


Jace pokręcił głową.
- Wolę mieć pełną kontrolę nad wszystkim. Nie chcę użerać się z taksówkarzami ani firmami wynajmu samochodów, kiedy wykonujemy tak ważne zadanie.


Ponieważ pamiętam jedenasty rozdział, podsumuję to tak: wyzywanie taksówkarza i wrzeszczenie na niego bez powodu z pewnością musi należeć do zajęć bardzo rozpraszających.
+ Właściwie dlaczego nie pożyczą sobie karocy Kopciuszka Ren?


- Nie masz prawa jazdy albo samochodu? - spytał Alec, patrząc na Clary ze skrywaną nienawiścią. - Myślałem, że wszyscy Przyziemni je mają.


To już nawet nie jest denerwujące. To jest po prostu śmieszne, jak karykaturalną Scary Sue staje się Alec, kiedy autorka uzna, że Eklerka zbyt długo nie dostała potencjalnych powodów do angstu.


- Nie w wieku piętnastu lat - odparła Clary z rozdrażnieniem. - Dostanę je w tym roku.


Tylko wtedy, gdy zdasz egzaminy w szkole jazdy, co przy twoim poziomie umysłowym może być trudne. Poważnie się zastanawiam, czy nie machasz do znaków drogowych.


- Taki z ciebie pożytek.
- Ale moi przyjaciele umieją prowadzić - odparowała Clary. - Simon ma prawo jazdy. - I natychmiast pożałowała swoich słów.


Jedyny komentarz, jaki mogę tu dodać, to pytanie, dlaczego Clary używa liczby mnogiej (nie jest to wina tłumaczenia). Przecież ona poza Simonem w ogóle nie ma znajomych, których uważa za godnych swojej uwagi. Erica nienawidzi, reszta kapeli jest bezimienna, Sheili Barbario nienawidzi, łaskawie nie czuje niechęci do jednej (1) koleżanki ze szkoły… Na upartego można wspomnieć o grupie z lekcji rysunku, ale to bezkształtna masa bez imion, płci, czegokolwiek. Ja rozumiem, że autorki często ograniczają liczbę znajomych Mary Sue do minimum, bo to oszczędza pierniczenia się z tłem, ale biorąc pod uwagę paskudny charakter Eklerki, takie życie towarzyskie wygląda dosyć znamiennie. I pasuje do Jacusia, który, według stworzonego na blogu headcanonu, jest rozmyślnie pomijany przy tworzeniu wszelakich list gości na imprezy Podziemnych.


- Naprawdę? - zainteresował się Jace.
- Ale nie ma samochodu - dodała szybko Clary.
- Jeździ samochodem rodziców? - dociekał Jace.
Clary westchnęła.
- Nie. Zwykle jeździ furgonetką Erica, na koncerty i inne takie. Czasami Eric pożycza mu ją przy innych okazjach. Na przykład, na randki.


Simon, trzymaj się Erica. Może jest seksistą, ale z tego da się wyleczyć. Paskudnego charakteru Eklerki nie. Chyba widzicie, kto z tej dwójki stanowi lepszy materiał na przyjaciela.


Jace prychnął.
- Wozi dziewczyny furgonetką? Nic dziwnego, że ma takie powodzenie u dam.


Cóż, najwidoczniej ty wozisz je metrem, ewentualnie taksówką. To drugie musi działać niczym afrodyzjak, gdy zaczynasz rzucać się do kierowcy jak niewychowany szczeniak, którym jesteś.


- Samochód to samochód. Po prostu jesteś wściekły, że Simon ma coś, czego ty nie masz.


Pisałam już coś o kompleksie małej steli.


- Ma  wiele  rzeczy,  których  ja  nie  mam - odparował  Jace. - Na  przykład krótkowzroczność, złą postawę i beznadziejny brak koordynacji ruchowej.


A także empatię, poczucie humoru, ego zdrowych rozmiarów, opanowane zasady dobrego wychowania…


- Większość psychologów uważa, że wrogość to w rzeczywistości wysublimowany pociąg seksualny - oznajmiła Clary.
- Aha - mruknął Jace. - To mogłoby wyjaśniać, dlaczego tak wiele osób mnie nie lubi.


Spokojnie, Jace. Możesz mieć pewność, że przynajmniej moja niechęć nie ma nic wspólnego z jakimkolwiek pociągiem ukierunkowanym na twoją płową osobę. Chyba że rozpędzonym. Gdy leżysz na torach związany jak baleron.


- Ja cię lubię - wtrącił szybko Alec.


Proponuję zrzutkę na jakiś poradnik dla Aleca. Facet potrzebuje pomocy w trybie natychmiastowym.


- To dlatego że łączy nas braterskie uczucie - stwierdził Jace, podchodząc do biurka. Wziął słuchawkę czarnego telefonu i wyciągnął rękę do Clary. - Zadzwoń do niego.


Kolejny przykład paskudnego zachowania Płowca. Jace nie potrzebuje bycia świadkiem tego, co zaszło w pokoju Eklerki, by mieć wszystkie elementy do złożenia w całość układanki pt. „Clary i Simon się pożarli”. Jakim emocjonalnym betonem trzeba być, by kazać jej dzwonić do przyjaciela, z którym ewidentnie jest pokłócona? I by sądzić, że on się zgodzi? Pomysł Isabelle z taksówką był kretyński, ale z wynajęciem samochodu WCALE NIE. Po cholerę wam prawo jazdy, skoro nawet biletów na metro nie kupujecie, mając gdzieś przepisy? Skoro takie z was badassy, że nie wiedzieć skąd potraficie jeździć motorami, za kierownicą auta też byście sobie poradzili. Poza tym, nawet gdyby Clary z Simonem nie byli pokłóceni, mógłbyś go, Jacusiu, nie traktować jak osobistego niewolnika panny Fray, który nie ma życia prywatnego i planów nieuwzględniających pomagania swojej pani.


- Nie znasz Nocnych Łowców, którzy mają samochody?
- W  Nowym  Jorku? - Uśmiech zniknął z twarzy Jace’a. - Wszyscy są w Idrisie w związku z Porozumieniami, a zresztą i tak upieraliby się, żeby pojechać z nami. Albo to, albo nic.


Przez to ciągłe gadanie o Porozumieniach, z powodu których wywiało z Instytutu jedynych (w liczbie dwóch) pełnoprawnych Nocnych Łowców, zastanawiam się, czy na Porozumienia musieli zjechać do Idrisu wszyscy pełnoletni, nieprzeklęci nefilim. Jeśli tak… głupszego posunięcia nie można sobie wyobrazić. Właśnie pozostawiliby praktycznie wszystkie miasta pozbawione prawdziwej ochrony. Nie wiem, czy bardziej skorzystałyby na tym demony, czy zdenerwowani uciskiem Podziemni. Gdyby nie imperatyw narracyjny, który zabrania wyrżnięcia najbardziej niepotrzebnej rasy, odnowienie Porozumień byłoby świetną okazją do wzięcia odwetu za powstanie Valentine’a i rozwiązanie problemu Nocnych Łowców raz na zawsze (staram się patrzeć z punktu widzenia Podziemnych).
+ Tak zupełnie abstrahując, dlaczego na Porozumienia nie pojechał chociażby Raphael czy Magnus? Wszak obecni są tam też przywódcy Podziemnych, a obu panów można do tej grupy zaliczyć.
+ Dlaczego Jace tak maniakalnie nie chce, by jakiś dorosły, kompetentny Nocny Łowca do nich dołączył? Boi się, że wyjdzie na jaw jego ślamazarność?


Przez chwilę patrzyła mu w oczy. Było w nich wyzwanie i coś jeszcze. Jakby się domagał, żeby wyjaśniła mu powody swojej niechęci.


Gdyby Clary potrafiła być wobec Jacusia równie chamska, co wobec reszty świata, starczyłoby krótkie i treściwe „nie twój zasrany interes”. Poza tym, jakie niby powody niechęci może mieć nasza hirołina po tej scenie, jaką Płowy Buc urządził na korytarzu?


Eklerka, oczywiście cała w nerwach, wybiera numer Simona.


Jace obserwował ją uważnie. Clary zamknęła oczy, próbując udawać, że go tu nie ma.


Bardzo zdrowo się ten ich romans zapowiada, psze pani autorki.


- To ja - powiedziała. - Clary.
- Wiem - burknął Simon. - Spałem.
- Tak, jest wcześnie. Przepraszam. - Zaczęła nawijać kabel telefonu na palec. - Muszę prosić cię o przysługę.
Po dłuższej chwili milczenia Simon roześmiał się ponuro.
- Żartujesz.


Podziwiam go, ja rzuciłabym słuchawką.


- Nie żartuję. Wiemy, gdzie jest Kielich Anioła, i zamierzamy po niego iść. Rzecz w tym, że potrzebujemy samochodu.
Simon znowu się zaśmiał.
- Przepraszam. Mówisz mi, że twoi zabójcy demonów chcą, żeby ktoś ich podrzucił na następny pojedynek z siłami ciemności, jak ujęłaby to moja mama?


Tak, Simon, szybko, póki cojones jeszcze ci nie odpadły po cudownym odrośnięciu w nocy! Dowal jej!


- Właściwie  pomyślałam,  że  mógłbyś  zapytać  Erica,  czy  nie  pożyczyłby  nam furgonetki.
- Clary, jeśli sądzisz, że...
- Jeśli znajdziemy Kielich Anioła, odzyskam mamę. To jedyny powód, dla którego Valentine jej jeszcze nie zabił ani nie uwolnił.


Zastanawiam się, co może w planie Clary pójść źle. Poza tym, że wszystko. Jak ona może ślepo wierzyć, że totalitarny psychopata i masowy morderca wypuści swoją żonę, która zrobiła go w wała i zastopowała na prawie dwadzieścia lat jego plan anihiliacji całego Podziemia? Nie, nie zwalajmy tego na nadzieję. Clary wspomina matkę więcej niż max. raz na rozdział dopiero teraz. Dotychczas miała ją gdzieś, jeśli nie mogła napawać się własnym cierpieniem i poświęceniem.


Simon chyba podziela moje wątpliwości i próbuje ostrzec Eklerkę, w nagrodę dostaje to:


- To nie jest „D&D”, Simon! - prawie krzyknęła. - To nie jest gra, w której najgorsze, co może ci się przytrafić, to zły rzut kością. Mówimy o mojej mamie. Valentine będzie ją torturował. Może ją zabić. Muszę coś robić, żeby ją ratować. Tak jak zrobiłam to dla ciebie.


Cóż, przynajmniej my choć raz widzimy, że zależy ci na matce. A przynajmniej tak się zachowujesz. Doceniajmy drobne uśmiechy losu.


- Może masz rację. Nie wiem, to nie mój świat. Posłuchaj, dokąd właściwie jedziemy?
Żebym mógł powiedzieć Ericowi.
- Tylko go nie zabieraj - ostrzegła pospiesznie Clary.


Steve-Carell-Facepalm.gif


Załapaliśmy, masz Simona za skończonego idiotę.


- Wiem - odparł Simon z przesadną cierpliwością. - Nie jestem głupi.


I masz też tupet biczować na to, jakim tonem do ciebie mówi.


- Jedziemy do mojego domu. Właśnie tam jest Kielich.
Tym razem milczenie było wyrazem zaskoczenia.
- W twoim domu? Myślałem, że tam się roi od zombie.
- Od Wyklętych. Oni nie są zombie. Tak czy inaczej, zajmą się nimi Jace i pozostali, a ja pójdę po Kielich.
- Dlaczego akurat ty musisz iść po Kielich? - W głosie Simona zabrzmiał niepokój.


Cóż, cojones Simona wróciły na miejsce, jak widzę. Biedny facet, nie umie przestać się martwić o kogoś, kto na nim bezwstydnie pasożytuje.


- Bo  tylko ja potrafię go odzyskać - odparła Clary. - Podjedź po nas jak najszybciej. Będziemy czekać na rogu.
Simon wymamrotał coś pod nosem, a potem rzucił krótko:
- Dobrze.
Clary otworzyła oczy. Świat był zamazany przez łzy.


Czy to wzruszenie na myśl, ile zaoszczędzi, nie musząc inwestować w nowego niewolnika?


- Dzięki, Simon. Jesteś...
Ale on już odłożył słuchawkę.


Słusznie.


Przeskok! Clary, Hodge i jego garb kruk siedzą w bibliotece (która najwyraźniej robi też za jadalnię, patrząc na brudne naczynia, dżem etc), reszta przygotowuje się w swoich pokojach.


Po śniadaniu wszyscy poszli do swoich pokojów, żeby się przygotować. Clary wróciła pierwsza. I nic dziwnego, bo tylko się uczesała, włożyła dżinsy i koszulę. Pozostali musieli jeszcze się uzbroić. Sztylet, który dał jej Jace, został w hotelu, więc jedynym magicznym przedmiotem w jej posiadaniu był kamień z czarodziejskim światłem spoczywający w kieszeni.


Skoro mają cały magazyn broni, nie mogłaś poprosić o jeszcze jeden sztylet? Nie musiałaś kierować tej prośby do Jace’a, mogłaś podejść do Isabelle lub Hodge’a. Przysięgam, pusty śmiech mnie ogarnia, kiedy słyszę, że Clary, w przeciwieństwie do wielu bohaterek YA, nie jest bezczynna, ponieważ właśnie JEST. Dostaje niesamowitych kopów adrenaliny tylko wtedy, kiedy mogłaby zginąć i co byśmy zrobili bez Mary Sue całej serii. Jeśli akurat nie skacze na nią jakiś potwór, jest kompletnie obojętna i nawet się nie stara wymyślić żadnej alternatywy dla opcji, w której inni chronią jej tyłek. Aż się prosi, by coś ją wreszcie pożarło.


Z dosyć niejasnego bredzenia Hodge’a, na które składają się dwa zdania (Dylematy władzy są zawsze takie same oraz To dotyczy między innymi twojego Simona, Aleca i Jace’a) dostajemy taki dialog:


- A co oni mają ze sobą wspólnego?
- Tam, gdzie jest nieodwzajemnione uczucie, występuje nierównowaga sił - odparł Hodge. - Można ją łatwo wykorzystać, ale nie jest to mądre postępowanie. Miłości często towarzyszy nienawiść. One mogą istnieć obok siebie.


~Hodge Coelho, 2017


- Simon mnie nie nienawidzi.


Bo autorka mu zabrania.


- Może z czasem znienawidzi, jeśli uzna, że go wykorzystujesz.


everyone-is-talking-about-tealizard-on-twitter-thanks-to-lebron-james-and-an-embarrassing-mistake.jpg


Hodge stwierdza, że obecna sytuacja przywodzi mu na myśl inną.


- Kiedy twoja matka była młoda, miała  przyjaciela,  tak  jak  ty  Simona.  Byli  sobie  bliscy  jak  rodzeństwo. Prawdę  mówiąc, często brano ich za brata i siostrę. W miarę jak dorastali, stawało się jasne dla wszystkich, że on ją kocha, ale ona tego nie dostrzegała. Zawsze nazywała go „przyjacielem”.


Domyślacie się już chyba, o kogo chodzi.


Clary wytrzeszczyła oczy.
- Ma pan na myśli Luke’a?
- Tak. Lucian zawsze myślał, że on i Jocelyn będą razem. Kiedy poznała i pokochała Valentine’a,  nie  mógł  tego  znieść.  Po  ich  ślubie  opuścił  Krąg  i  zniknął...  Pozwolił  nam myśleć, że nie żyje.


Jak dramatycznie. Znaczy, kochani, z jednej strony rozumiem frustrację Luke’a, jego ból i tak dalej, ale z drugiej… Nie chcę roboczo przyjmować, że Jocelyn traktowała Luke’a kropka w kropkę tak, jak Clary Simona, więc ustalmy roboczo, że ich relacja była nieco zdrowsza. Gdyby Luke naprawdę opuścił Krąg jedynie dlatego, że Jocelyn wyszła za innego (SPOILER: oczywiście chodziło o co innego), byłby trochę jednym z tych facetów, którzy uważają, że kobieta ma święty obowiązek odwzajemniać ich afekt. Szczególnie, że, w przeciwieństwie do Simona, nie wyjawił Jocelyn swoich uczuć.


- Nigdy nic nie mówił... nawet o tym nie napomknął - wykrztusiła Clary. - Przez  te wszystkie lata mógł ją zapytać...
- Wiedział, jaka będzie odpowiedź. - Hodge spojrzał na świetlik zalany deszczem. - Lucian nie należał do ludzi, którzy się oszukują. Zadowalał się tym, że jest blisko niej. Może liczył na to, że z czasem jej uczucia się zmienią.


Facet jest ze sto razy większym masochistą niż Simon, szczególnie biorąc pod uwagę, że dla wchodzenia w tyłek Jocelyn musiał znosić traktującą go jak darmową siłę roboczą Dorotheę.


- Ale jeśli ją kochał, dlaczego oświadczył tamtym ludziom, że nie obchodzi go, co się z nią stanie? Dlaczego nie chciał, żeby mu powiedzieli, gdzie ona jest?


Bo, w przeciwieństwie do ciebie, komórkę ma nie tylko telefoniczną.


- Jak już wspomniałem, tam, gdzie jest miłość, jest również nienawiść. Jocelyn mocno go zraniła przed laty. Mimo to on zawsze trwał przy niej jak wierny pies, nigdy nie robił jej wyrzutów, nie oskarżał, nie wyznawał jej swoich uczuć. Może teraz dostrzegł okazję, żeby odwrócić sytuację. Zranić ją tak, jak on został zraniony.


Hodge, litości. Czy ty ją specjalnie nakręcasz, czy może jesteś równie głupi?


- Luke by tego nie zrobił.


Zaczynam się gubić w opinii Clary na temat Luke’a. Kilka godzin temu uważała go za tchórza bez honoru i zdrajcę.


Mimo wszystko Clary dobrze pamiętała jego lodowaty ton, kiedy  mówił, żeby więcej nie prosiła go o przysługi. Widziała twardy wyraz jego oczu, gdy patrzył na ludzi Valentine’a. To nie był Luke, którego znała, przy którym dorastała.


Panom w czerwonych pelerynkach też miał zrobić kakao i obejrzeć z nimi horror czy co?


Tamten dawny nigdy nie chciałby ukarać jej matki za to, że nie kochała go dostatecznie albo  we właściwy sposób.


Nawiasem mówiąc, Luke naprawdę nie potrzebowałby do zemsty za permanentny friendzone sytuacji, w której Jocelyn zostaje porwana. Patrząc na to, jak wysługiwała się nim przez ostatnie dziesięć lat, panią Fray zniszczyłby sam fakt, gdyby Luke zakończył tę znajomość. Nie miałaby niewolnika do wypożyczania Dorothei, Dorothea strzeliłaby focha i cały piękny plan trafia szlag. To dopiero wysublimowana zemsta.


- Ale ona go kochała. - Clary wyraziła na głos swoje myśli, nie zdając sobie z tego sprawy. - Tylko że inaczej, niż on ją. To nie wystarczy?


Odnoszę wrażenie, że mamy tu do czynienia z przeniesieniem swoich uczuć wobec Simona na casus Jocelyn i Luke’a. Takie luźne przemyślenie.


- Może on tak nie uważał.


Kreacja Luke’a na dupka, który mści się na Jocelyn za to, że nie mógł się do niej dobrać, sprawia, że czuję zażenowanie.


- Co  się  stanie,  kiedy  odzyskamy  Kielich? - zapytała  Clary. - Jak powiadomimy Valentine’a, że go mamy?
- Hugo go znajdzie.


Sowy zawsze znajdują adresata, Rowling nie czytałaś?


Clary idzie po kurtkę, rzuca okiem na fotografię Zakonu Feniksa Kręgu i wraca do biblioteki, gdzie wszyscy już są.


Jace miał podwinięty lewy rękaw, opierał brodę na obojczyku i w skupieniu malował ośmiokątny Znak na górnej części ramienia.
Alec mu się przyglądał.
- Kiepsko ci idzie - stwierdził w końcu. - Pozwól, że ja to zrobię.
- Jestem leworęczny - przypomniał Jace łagodnym tonem i oddał mu stelę.
Na  twarzy  Aleca  odmalowała  się  ulga,  jakby  do  tej  pory  nie  był  pewien,  czy wybaczono mu niedawne zachowanie.


Najwidoczniej mechanizm toksycznego związku działa nie tylko pomiędzy Jacusiem i Eklerką. Biedny Alec, potrzebuje normalnych znajomych jak najszybciej.


- To  podstawowy iratze - powiedział Jace.


To podstawowa ekspozycja, odnoszę wrażenie. Alec ZNA runy. W dodatku musiał mniej-więcej wiedzieć, co rysuje Jace, by stwierdzić, że kiepsko mu idzie.


Kiedy przyjaciel pochylił się nad jego ramieniem  i  zaczął  starannie  kreślić  Znak  uzdrawiający,  skrzywił  się,  przymknął  oczy  i zacisnął pięść, aż jego mięśnie napięły się jak postronki.
- Na Anioła, Alec...


Khem, wysoki próg odporności na ból, khem. Serio, Cassie, byłabym wdzięczna za odrobinę konsekwencji.


- Staram się być delikatny. - Po chwili Alec puścił rękę Jace’a i odsunął się, żeby podziwiać swoje dzieło. - Zrobione.
- Dzięki. - Jace chyba wyczuł obecność Clary, bo odwrócił głowę i spojrzał na nią,
mrużąc oczy.
- Wyglądacie  na  gotowych - stwierdziła,  kiedy  zarumieniony  Alec  odsunął  się  od Jace’a i zajął swoimi strzałami.


Ostatnio ktoś w komentarzach zwrócił mi uwagę, że jestem zbyt czepliwa w stosunku do kwestii przydatności Parabatai. Pozwolę sobie zacytować komentarz anonimowej czytelniczki:


Jeśli chodzi o te "bonusy" posiadania Parabatai, w książce jest napisane, że gdy Parabatai wypala (rysuje?) nam Znak, jest on lepszy, działa dłużej, jest silniejszy etc
Wszyscy się zastanawiają, więc postanowiłam to wyjaśnić, szczególnie, że jest jak krowie na rowie napisane :D


Oraz moją odpowiedź, żebym nie musiała powtarzać, dlaczego cała sprawa taka jasna nie jest:


Owszem, jest napisane w książce. W "Kodeksie Nocnych Łowców", o ile dobrze pamiętam. To się NIGDY nie pojawia przez sześć tomów Darów Anioła, SZEŚĆ TOMÓW, nie, żeby w samym "Mieście Kości" Clary nie pytała o Parabatai ze trzy razy, więc nie, jak krowie na rowie napisane nie jest. Szczególnie, że jak czytam książkę, chcę mieć dosyć PODSTAWOWE informacje dotyczące świata w tejże książce, nie skakać po kontach autorki na portalach społecznościowych, jednej książce bonusowej i powieściach z dwóch innych serii. Zresztą Cassie tak twierdzi, ale jakoś NIGDY nie mamy dowodu, że te runy są silniejsze. W ogóle słabo idzie zgadywanie, kiedy runy są silne, a kiedy nie, trudno też powiedzieć, ile co działa.


Co za powyższym idzie? Uważam, że w chwili pisania tego tomu (oraz kolejnych dwóch) Cassie nie miała zielonego pojęcia o wymienionych wyżej profitach z posiadania Parabatai. Nie tylko dlatego, że byłoby wówczas logiczne, aby Jacuś od razu poprosił Aleca o narysowanie swoich run. Znamy Płowca, może z tak wywalonym w kosmos ego uważa, że nikt nie zrobi tego lepiej… Co też nie ma za bardzo sensu, skoro od razu ustąpił, gdy Alec zauważył, że kiepsko mu idzie, noale. Do sedna. Zakładając, że nakładanie sobie nawzajem runów nie jest dla Parabatai pierwszyzną, a Alec jest osobą opanowaną, dlaczego nagle się spłonił? Miał wiele czasu, by nauczyć się nie okazywać zmieszania, jakie go ogarnia, kiedy jest tak blisko Jacusia. Chyba że to obecność Clary, ale w takim wypadku bardziej kojarzy mi się to z nerwowymi wypiekami i „cholera, zaraz wszystkim powie, że niby kocham się w moim najlepszym przyjacielu!”.


- Jesteśmy. Nadal masz ten sztylet, który ci dałem?
- Nie. Zgubiłam go w Dumort, nie pamiętasz?
- Racja. - Jace popatrzył na nią z uznaniem. - Prawie zabiłaś nim wilkołaka. Pamiętam.


To czemu nie zainteresowałeś się tym, żeby dostała nowy?


Isabelle, która stała przy oknie, wywróciła oczami.
- Zapomniałam, że to cię kręci, Jace. Dziewczyny zabijające potwory.


Nie, żebyście mieli warunki umawiać się z kimś poza Podziemnymi, więc tak przypomnę, że te potwory myślą i czują. Jesteście obrzydliwi. Podziemni to NIE SĄ potwory. Demony są potworami, bando rasistowskich gówniarzy.


- Lubię, jak ktoś zabija potwory - przyznał spokojnie Jace. - A  najlepiej,  jak  ja  to robię.


Po chwili namysłu dodał:
– A jeśli z którymś się umówiłem w przeszłości, to tylko dodaje smaczku sytuacji.


Tak to widzę. Odrażające.


Clary szybko zwraca uwagę wszystkich na fakt, że powinni schodzić na dół, bo Simon zaraz przyjedzie. Przy okazji wybija południe, a skoro wszyscy są na nogach od bladego świtu, tym bardziej chciałabym wiedzieć, dlaczego Eklerka przez kilka godzin nie zadbała o zdobycie broni dla siebie.


Przeskok! (Normalnie rozdział-kangur).


Nadal mżyło, kiedy Simon podjechał na umówiony róg i zatrąbił dwa razy. Clary podskoczyło serce. Dręczył ją niepokój, że przyjaciel się nie zjawi.


Byłoby to zupełnie normalne, ale chłopak ma ewidentnie za dobre serce, żeby cię wystawić.


Jace zmrużył oczy w siąpiącym deszczu. We czwórkę schronili się pod rzeźbionym kamiennym gzymsem.
- To ta furgonetka? Wygląda jak zgniły banan.


Och, w imieniu Simona, Erica i reszty świata przepraszam, że nie spełnia twoich wyśrubowanych standardów estetycznych. Pewnie powinni przemalować ją na płowy albo złoty.


Nie  można  było  temu  zaprzeczyć.  Erie  pomalował  samochód  na  neonowy  odcień żółci,  teraz  przybrudzonej,  porysowanej  i  usianej  rdzą  niczym  plamami  rozkładu.


Ach, ten wieśniacki Eric. Bardziej karykaturalną postacią jest chyba Valentine. Li i jedynie Valentine.


Ruszyli, rozchlapując brudne kałuże, które zebrały się na chodniku. Buciory Isabelle przyjemnie plaskały przy każdym kroku.


Zastanawiam się, jakie buty założyła Isabelle, że plaskały o kałuże. Charakterystyczne dla niej są szpilki (tak, nawet na polu bitwy), ale nie jestem pewna, czy szpilki mogą powodować plaśnięcia. W oryginale pojawia się wyrażenie „enourmous boots”, które sugeruje mi coś takiego:


img-thing


Funkcjonalne.


Simon zostawił silnik na jałowym biegu i przeszedł na  tył,  żeby  odsunąć  drzwi.  Z  dziur  w  na  pół  przegniłej  tapicerce  sterczały  groźnie wyglądające sprężyny. Isabelle zmarszczyła nos.
- Można na tym bezpiecznie usiąść?


Isabelle posiada zaskakującą zdolność przemiany z nieustraszonej wojowniczki w kręcącą na wszystko nosem, wygodnicką panienkę. I to w ciągu ułamka sekundy!


- Bezpieczniej niż jechać na dachu - odparł Simon. - A taki masz wybór. - Skinął głową Jace’owi i Alecowi, a całkowicie zignorował Clary.


Moje serce śpiewa. Albo to anielskie chóry w tle.


- Hej.
- Hej - odparł Jace i uniósł grzechoczący brezentowy worek marynarski z bronią.


Mój Borze, nigdy nie byli wobec siebie tak przyjaźni, co tu się dzieje?


- Strzelec! - powiedziała szybko Clary, kiedy Jace obszedł samochód i stanął przy drzwiach od strony pasażera.
Alec chwycił za łuk przewieszony przez plecy.
- Gdzie?
- Clary zaklepała sobie miejsce z przodu - wyjaśnił Jace, odgarniając mokre włosy z oczu.


Dobrze wiedzieć, że przynajmniej Alec jest w tej grupie kompetentny i gotów do działania, gdy tylko usłyszy sygnał.
+ Skoro Clary czuje się niekomfortowo w towarzystwie Simona po kłótni, a on ewidentnie nie ma ochoty z nią rozmawiać, DLACZEGO skazuje się na jego bliższe towarzystwo w takiej sytuacji?


- Ładny łuk - zauważył Simon.
Alec zamrugał. Deszcz spływał z jego rzęs.
- Znasz się na łucznictwie? - spytał tonem, który sugerował, że bardzo w to wątpi.


Jak przystało na standardową Scary Sue.


- Ćwiczyłem strzelanie z łuku na obozach - pochwalił się Simon. - Sześć lat z rzędu.
Odpowiedziały  mu  trzy  puste  spojrzenia  i  zachęcający  uśmiech  Clary.


Bez przesady, Nocnym Łowcom jest w ogóle nieznana idea obozów? A co z Akademią Nocnych Łowców? Ach, głupia ja. Wtedy jeszcze Cassie jej nie wymyśliła.


Simon ją zignorował i skierował wzrok na posępne niebo.


Wy też jakby lepiej słyszycie te anielskie chóry?


Przednie siedzenie było zasłane opakowaniami po chipsach i okruszkami ciastek „Pop-Tart”.  Clary strzepnęła ich tyle, ile zdołała, a kiedy Simon ruszył, nie czekając, aż ona usiądzie, wpadła na deskę rozdzielczą.
- Au! - syknęła z wyrzutem.
- Przepraszam. - Nawet na nią nie spojrzał.


Słuchajcie, ja wiem, że zachowanie Simona jest nieładne, ale po tym wszystkim, co spotkało go ze strony Clary przez lata, uważam, że ma pełne prawo do odrobiny rewanżu. Zwłaszcza gdy Eklerka zachowuje się teraz, jakby nic między nimi nie zaszło i nadal byli najlepszymi (w teorii) przyjaciółmi.


Clary słyszała, jak z tyłu pozostali cicho rozmawiają. Pewnie omawiali strategię bitwy i najlepszy sposób ucięcia demonowi głowy, żeby jego posoka nie spryskała ich nowych skórzanych butów.


Między innymi dlatego powinnaś była usiąść z tyłu, skoro jesteś najważniejsza w całej akcji, tępaku.
+ Doceńmy ten rzadki moment, w którym Clary wyzłośliwia się na Nocnych Łowcach, nie Simonie.


Choć przednich siedzeń od reszty furgonetki nic nie oddzielało, niezręczna cisza między nią i Simonem ciążyła jej tak, jakby byli sami.


Ponawiam pytanie: CZEGO ona się spodziewała? To, że Simon zgodził się jej pomóc, nie oznacza automatycznie, że wszystko między nimi jest cacy. Clary dawno nie była takim betonem emocjonalnym, jak w tym rozdziale.


- O co chodziło z tym „hej”? - zapytała, kiedy Simon włączał się do ruchu na FDR Drive, biegnącej wzdłuż East River.


Z tyłka wzięte pytanie jest z tyłka wzięte.


- Jakim „hej”. - Simon  zajechał  drogę  czarnemu  SUV - owi,  a  jego  kierowca,  w garniturze i z komórką w ręce, wykonał w ich stronę obsceniczny  gest  przez  przyciemniane szyby.


Ach, ci wszechobecni źli dorośli. Chyba bym się do nich zaliczała w tym uniwersum.


- To „hej”, które zawsze wymieniają  faceci. Jak wtedy, kiedy  zobaczyłeś  Jace’a  i Aleca, i rzuciłeś „hej”, a oni odpowiedzieli „hej”. Co jest złego w „cześć”?


I na takie dialogi marnuje się papier? Lasy deszczowe płakały, jak drukowali.


Wydawało jej się, że mięsień w jego policzku zadrżał.
- „Cześć” jest dziewczyńskie - wytłumaczył  jej  Simon. - Prawdziwi  mężczyźni są oszczędni w słowach. Lakoniczni.
- Więc jesteś tym bardziej męski, im mniej mówisz?
- Właśnie. - Simon pokiwał głową. Za szybą Clary widziała wilgotną mgłę nad East River,  spowijającą nabrzeże  szarymi  oparami.  Woda  chłostana  przez  silny  wiatr  była spieniona  i  miała  kolor  ołowiu. - To  dlatego,  kiedy  na  filmach  największe  łotry  się pozdrawiają, nic nie mówią, tylko kiwają głowami - Skinięcie oznacza „jestem sukinsynem i widzę, że ty też jesteś sukinsynem”, ale nic nie mówią, bo są jak Wolverine i Magneto, i wyjaśnienia zakłóciłyby ich wibracje.


Seksizm. Taki zabawny.
+ Cassie, zostaw w spokoju X-Menów, ja cię proszę.


- Nie mam pojęcia, o czym mówisz - odezwał się Jace z tylnego siedzenia.
- To dobrze - powiedziała Clary.
Nagrodził  ją  ledwo  widoczny  uśmiech  Simona,  który  właśnie  skręcił  na  Most Manhattański, kierując się w stronę Brooklynu i domu Clary.


Przysięgam, Simon jest jak pies, który będzie się cieszył na widok właściciela nawet po tym, jak ten zostawił go w lesie przywiązanego do drzewa.


Nocni  Łowcy  kazali  Simonowi  i  Clary  zaczekać  w  samochodzie,  a  sami  poszli sprawdzić, jak to ujął Jace, „poziomy demonicznej aktywności”.


Jace, pamiętaj – jeśli sensor coś pokazuje to się nie zepsuł, tylko w budynku jest jakiś demon albo Wyklęty!
+ Jestem przekonana, że to pomysł Aleca. Poprzednio Jacuś i Eklerka wbili do środka na totalnym yolo.


Simon odprowadzał ich wzrokiem, gdy szli w stronę domu podjazdem wysadzanym różami.
- „Poziomy demonicznej aktywności”? Mają urządzenie, które mierzy, czy demony znajdujące się w środku ćwiczą power jogę?


Ten rozdział obfituje w suchary. Chce ktoś szklankę wody?


- Nie. - Clary odrzuciła z głowy  mokry kaptur, żeby poczuć słońce  na włosach. - Sensor mówi im, jak potężne są demony... jeśli w ogóle tam jakieś są.


Nie dodała, że Jace nie nauczył się nim jeszcze posługiwać.


Przyjaciel był pod wrażeniem.
- Sprytne urządzenie.


No ba. Prosto z Silent Hill.
+ Sensor jest elektryczny. Nocni Łowcy mają telefony. Dlaczego poza tym nie korzystają w ogóle z elektrycznych gadżetów? Już kilkakrotnie w komentarzach zauważono, że nie tylko ułatwiłoby to pracę, ale również miałoby więcej sensu, skoro w XIX wieku nefilim byli na DOKŁADNIE tym samym stopniu rozwoju, co Przyziemni. Po raz kolejny: serial zrobił to lepiej.


- Simon, jeśli chodzi o ostatnią noc...
Przerwał jej, unosząc rękę.
- Nie musimy o tym rozmawiać. Ja bym tak wolał.
- Pozwól mi powiedzieć tylko jedno. Wiem, że oczekiwałeś ode mnie innej reakcji na swoje wyznanie.
- To  prawda.  Zawsze  miałem nadzieję,  że  kiedy  wreszcie  powiem  dziewczynie „kocham cię”, ona odpowie „wiem”, jak Leia Hanowi w „Powrocie Jedi”.
- To głupie - wyrwało się Clary.


Clary, czy ty naprawdę nie znasz jakiejś granicy? Masz szczęście, że on w ogóle chce z tobą rozmawiać i… no. Właśnie.


Simon mówi, żeby Eklerka mu się przyjrzała. Dostajemy wreszcie pełen opis jego wyglądu:


Spojrzała  w  ciemne  oczy  z  jaśniejszymi  plamkami  przy  zewnętrznym  brzegu tęczówki, na znajome, trochę nierówne brwi, długie rzęsy, ciemne włosy i niepewny uśmiech, zgrabne dłonie muzyka. Wszystko to było częścią Simona, a on był częścią jej. Czy gdyby musiała powiedzieć prawdę, przysięgłaby, że nie miała pojęcia, że on ją kocha? A może po prostu chodziło o to, że nie wiedziałaby, jak się wtedy zachować?


Żadnych płowości? Panu już podziękujemy, następny proszę!
+ No z pewnością wymyślenie dyplomatycznej odpowiedzi odmownej, by jednocześnie nie pozbawić się niewolnika, może być nieco skomplikowanym zadaniem.


Westchnęła.
- Zobaczyć, co kryje się pod czarem, to łatwizna. O wiele trudniej jest przejrzeć ludzi.
- Wszyscy widzimy to, co chcemy widzieć - stwierdził cicho Simon.


Clary szczególnie.


- Nie Jace. - Clary pomyślała o jego jasnych, obojętnych oczach.


puking_rainbows_gravity_falls_looped.gif


Kończ waść, wstydu oszczędź.


- On bardziej niż ktokolwiek.
Clary zmarszczyła brwi.
- Co...


Wiem, odkrycie, że nie wszyscy postrzegają go jako ideał, może być z deczka szokujące.


- Wszystko w porządku - odezwał się za nią Jace. - Obeszliśmy cały dom i nic. Niska aktywność. Prawdopodobnie są tylko Wyklęci, a oni pewnie nas nie zaatakują, dopóki nie spróbujemy dostać się do mieszkania na górze.
- Jeśli to zrobią, będziemy gotowi - dodała Isabelle z drapieżnym uśmiechem.


Gotowości Jacusia nie byłabym taka pewna.


Alec wyjął z furgonetki ciężki brezentowy worek i rzucił go na chodnik.
- Skopmy tyłki demonom! - wykrzyknął wojowniczo.
Jace spojrzał na niego z lekkim zdziwieniem.
- Dobrze się czujesz?


Czy wy też zaczynacie odczuwać dosyć silny secondhand embarrassment?


- Świetnie. - Nie patrząc na niego, Alec zostawił łuk i kołczan, a zamiast nich wybrał sobie drewnianą pałkę. Pod jego dotykiem wysunęły się z niej dwa lśniące ostrza. - Tak lepiej.
Siostra spojrzała na niego z konsternacją.
- A łuk...
- Wiem, co robię, Isabelle - przerwał jej Alec.


Dziękuję, Clary. Dziękuję, Jace. Wasze kretyńskie pociski po Alecu zniszczyły psychikę tej biednej postaci z marnym strzępem charakteru i teraz muszę znosić to.


- Jak  to  się  stało,  że  was  widzę? - zapytał  Simon. - Co  z  tym  waszym  czarem niewidzialności?
- Widzisz nas, bo znasz prawdę - wyjaśnił Jace.


Czyli Wzrok to taki pic na wodę, jak rozumiem? Dobrze wiedzieć. Wasze poczucie wyższości ma JESZCZE MNIEJ sensu.


Simon chce iść z naszymi dzielnymi wojownikami, jednak Jace protestuje, uważając, że lepiej, aby kierowca czekał na nich na zewnątrz i w każdej chwili był gotów do odjazdu. Pierwsza rozsądna decyzja Płowego Buca od ponad dwustu stron, jestem pod wrażeniem.


Gdy tylko weszli do holu, poczuła silny, trudny do określenia odór. Było to połączenie smrodu zepsutych jaj, zgniłego mięsa i wodorostów gnijących na rozpalonej plaży. Isabelle zmarszczyła nos, a Alec zrobił się zielony na twarzy, natomiast Jace wyglądał, jakby wdychał
rzadki zapach perfum.


Cassie? Jace nie jest twardzielem. Jest nienormalny.


- Były tu demony - stwierdził z nieskrywaną radością. - Niedawno.


Rzeczywiście, powód do radości, że ojacie.


Clary spojrzała na niego z niepokojem.
- Ale już ich nie ma...
- Nie. Wyczulibyśmy je.


Słyszałam to dwanaście rozdziałów temu. Nie sądzę, byś się czegoś nauczył w tym czasie.
+ Zaraz. Oni tylko OBESZLI DOM DOOKOŁA?! NIE ZAJRZELI DO ŚRODKA? NAWET NA KORYTARZ?! CO. ZA. KRETYNI.


Skinął głową w stronę drzwi Dorothei. Były zamknięte i nie sączyła się spod nich nawet odrobina światła.


Totalnie nie jest to podejrzane. Totalnie.


- Może będzie musiała odpowiedzieć na parę pytań, kiedy Clave się dowie, że przyjmowała u siebie demony.


Jace, ona trzyma z Podziemnymi. Podziemni też nie lubią demonów. Nikt nie lubi demonów. PODZIEMNI TO NIE SĄ ZDEGENEROWANE POTWORY, TĘPY RASISTO.


- Wątpię, czy Clave będzie zadowolone z naszej akcji - powiedziała Isabelle. - W rezultacie ona pewnie wyjdzie na tym wszystkim lepiej niż my.


Rany, rany, przez to OOC w wykonaniu Aleca jego rozsądek aż przeniósł się na Isabelle.


- Nie  będą  się  czepiać,  jeśli na  koniec  przyniesiemy  im  Kielich. - Alec  wodził wzrokiem  po  przestronnym  foyer,  krętej  klatce  schodowej,  poplamionych  ścianach. - Zwłaszcza gdy przy okazji zabijemy paru Wyklętych.


W tym momencie Alec kojarzy mi się z zadurzoną nastolatką, która zaczyna kopiować zainteresowania i poglądy obiektu swoich uczuć, żeby ten zwrócił na nią uwagę


Jace pokręcił głową.
- Są w mieszkaniu na górze. Przypuszczam, że nie będą nas niepokoić, dopóki nie spróbujemy się tam dostać.


Jace, akurat twoim przypuszczeniom ufam porównywalnie do panów, którzy na placach zabaw proponują oglądanie słodkich kotków.


Isabelle zdmuchnęła kosmyk włosów z twarzy i spojrzała na Clary, marszcząc brwi.
- Na co czekasz?


Aż przejedziecie sensorem po drzwiach Dorothei?


Clary mimo woli zerknęła na Jace’a, a on uśmiechnął się do niej. „Ruszaj” wyczytała z jego oczu.


Poddaję się. Nie potrafię ogarnąć huśtawki nastrojów Jace’a. Ewentualnie w dobry humor wprawia go wizja jatki.


Clary  ostrożnie  zbliżyła  się  do  mieszkania  Dorothei.  Świetlik  pokrywała  gruba warstwa brudu, żarówki przy wejściu nadal nikt nie wymienił, więc ciemny hol rozjaśniało jedyne czarodziejskie światło Jace’a. Powietrze było gorące i duszne: wokół Clary pojawiały się  cienie,  niczym  magiczne,  szybko  rosnące rośliny w  koszmarnym  lesie.


Jestem pewna, że po takim subtelnym budowaniu nastroju misja pójdzie jak spłatka. Na pewno.


Drzwi  się  otworzyły  i  do  holu  wylało  się  złote  światło.


Chwilę temu w mieszkaniu panowały egipskie ciemności, tak tylko zauważę. Znaczy, dopuszczam, że Dorothea mogła zapalić światło w przedpokoju, ale przy tym całym budowaniu nastroju grozy brzmiało to tak, jakby ciemność na korytarzu w mieszkaniu Dorothei była czymś złowieszczym, a nie kwestią oszczędzania prądu.


W  progu  stała  Madame Dorothea, masywna i imponująca w obszernej zielono - pomarańczowej szacie. Tego dnia miała  na  głowie  neonowożółty  turban,  ozdobiony  wypchanym  kanarkiem  i  ząbkowaną tasiemką. W jej uszach dyndały duże kolczyki, wielkie stopy były bose, co zdziwiło Clary, bo do  tej  pory  widywała  sąsiadkę  wyłącznie  w  rozczłapanych  kapciach.  Jeszcze  bardziej zaskoczył ją widok paznokci pomalowanych bladoróżowym lakierem.


Dorothea wygląda nietypowo jak na siebie. Zapamiętajmy.


- Clary! - wykrzyknęła Dorothea i porwała ją w objęcia, aż dziewczyna całkiem zginęła w fałdach wyperfumowanego cielska, zwojach aksamitu i frędzlach szala. - Dobry Boże,  dziewczyno! - Czarownica  potrząsnęła  głową,  aż  jej  kolczyki  zadźwięczały  jak dzwoneczki na wietrze. - Ostatnim razem, kiedy cię widziałam, wypadłaś przez moją Bramę. Gdzie trafiłaś?


Jak widzimy, zachowaniem również nie do końca przypomina wredną sąsiadkę z rodziałów cztery i siedem. Zapamiętajmy.


Dorothea z ulgą opadła na fotel i zmierzyła Nocnych Łowców oczami jak paciorki, takimi  samymi  jak  u  wypchanego  kanarka  na  jej  turbanie.  W  naczyniach  umieszczonych  po
obu stronach stołu paliły się świece zapachowe, ale nie zdołały przytłumić silnego odoru wypełniającego każdy kąt domu.


Na dodatek w domu śmierdzi. Na korytarzu śmierdzi.


Spojrzenie  Dorothei  pomknęło  ku  Alecowi  i  Isabelle,  która  przyglądała  się  Ręce Fatimy wiszącej na ścianie. Jace, wyjątkowo niedbały w swojej roli ochroniarza, siedział na poręczy  fotela.  Uspokojona,  że  nieproszeni  goście  jeszcze  nic  nie  zniszczyli,  czarownica wróciła spojrzeniem do Clary.


Bardzo chciałabym wierzyć, że nasi dzielni wojownicy starają się jedynie uśpić czujność Dorothei, ale znając ich kompetencje… Delikatnie mówiąc, zapewne nie zauważyli, że coś tu nie gra.


Dorothea pyta, czy Clary wie, kto porwał jej matkę. Eklerka potwierdza i mówi, że to sprawka Valentine’a.


- Wiem, że była jego żoną...
- Miłość się skończyła - powiedziała gospodyni.
Jace zachichotał cicho. Dorothea spojrzała na niego.
- Co cię tak bawi, chłopcze?
- Co pani może o tym wiedzieć? To znaczy, o miłości.


Fakt, jest stara i gruba, co ona może wiedzieć o miłości, prawda, Jace?


Dorothea złożyła miękkie białe ręce na kolanach.


Jako ciekawostkę dorzucę, że czarna Dorothea w filmie nie wywołała powszechnej gównoburzy. Latynoska aktorka do roli Isabelle czy czarny Luke w serialu? Oburzenie trwa do dziś. Ciekawe.


- Więcej, niż przypuszczasz. Czytałam w twoich fusach od herbaty, pamiętasz, Nocny Łowco? Nie zakochałeś się jeszcze w niewłaściwej osobie?
- Niestety, Damo Nieba, moją jedyną prawdziwą miłością pozostaję ja sam.
Dorothea wybuchnęła śmiechem.
- Przynajmniej nie martwisz się odrzuceniem, chłopcze.
- Niekoniecznie. Od czasu do czasu się odtrącam, żeby było ciekawiej.


Oto jeden z ulubionych dialogów miłośniczek Jacusia. Podobno jest niesamowicie zabawny.


- Nie mam czasu, żeby cieszyć się czyimkolwiek towarzystwem - odparła Clary. - Muszę pomóc mojej matce, a żeby to zrobić, potrzebuję pewnej rzeczy.
- Czego?
- Kielicha Anioła. Valentine uważał, że ukryła go moja matka, i dlatego ją porwał.
Dorothea wyglądała na szczerze zaskoczoną.
- Kielich Anioła? - W jej głosie brzmiało niedowierzanie. - Kielich, w którym Razjel zmieszał krew aniołów z ludzką, dał tę miksturę do wypicia człowiekowi i w ten sposób stworzył pierwszego Nocnego Łowcę?


Hm, a co w tym takiego dziwnego? Kielich zaginął w czasie Powstania, czyż nie? Żona Valentine’a, która przepadła wówczas jak kamień w wodę, to właściwie główna podejrzana, skoro okazuje się, że jednak nie zginęła w pożarze.


- Dlaczego, u licha, myślał, że ma go Jocelyn? - zdziwiła się Dorothea. - Akurat ona? - I nagle zrozumiała, zanim Clary zdążyła odpowiedzieć. - Bo to wcale nie była Jocelyn Fray, tylko Jocelyn Fairchild, jego żona. Ta, którą wszyscy uważali za zmarłą. Oczywiście. Zabrała Kielich i uciekła, prawda?


No doprawdy, jestem w szoku. Ukrywająca się od lat Nocna Łowczyni o dosyć rzadkim imieniu i nazwisku, które brzmi bardzo podobnie do „Fairchild”, kto by pomyślał, że to mogła być Jocelyn Fairchild. Prawie dwadzieścia lat na rozwikłanie tej zagadki to było za mało.


friends004.gif


Coś błysnęło w jej oczach, ale tak szybko opuściła powieki, że Clary uznała, że się jej przywidziało.


Clary powinna paść ofiarą selekcji naturalnej jak najszybciej, bo oszukuje przeznaczenie, żyjąc już szesnaście lat. Wszystko tu śmierdzi (dosłownie i w przenośni), a ona bagatelizuje kolejne oznaki, że coś jest nie tak? Poważnie?!


- Chcę go odnaleźć - oświadczyła Clary. - Chcemy...
- Wiemy, gdzie on jest - przerwał jej gładko Jace. - Chodzi tylko o odzyskanie go.
Oczy Dorothei się rozszerzyły.
- Gdzie?
- Tutaj - odparł Jace z taką pewnością siebie, że Isabelle i Alec przestali myszkować na półce z książkami i odwrócili się, zaciekawieni.
- Tutaj? Czy to znaczy, że macie go ze sobą?
- Niezupełnie, droga Damo Nieba. - Jace najwyraźniej świetnie się bawił. - Miałem na
myśli to, że pani go ma.


No. Właśnie. Tyle w temacie usypiania czyjejś czujności.
+ Bardzo to kulturalne, grzebać komuś w rzeczach, zwłaszcza gdy chcesz od tej osoby dostać coś, co do niej należy.


Dorothea rozdziawiła usta.
- To nie  jest zabawne! - stwierdziła po chwili. Zaniepokojona  jej ostrym tonem Clary przestraszyła się, że wszystko popsuli. Dlaczego Jace musiał zawsze wszystkich zrażać?


Bo jest palantem? Niewychowanym w dodatku? I narcystycznym?


Czarownica dźwignęła się z fotela i wyprostowała. Patrząc z góry, spiorunowała ich wzrokiem.
- Mylicie się, sądząc, że ukrywam Kielich - oświadczyła chłodno. - W dodatku macie czelność tu przychodzić i zarzucać mi kłamstwo.
- O, rany! - wyszeptał Alec. Jego ręka powędrowała do pałki. Skonsternowana Clary potrząsnęła głową.


Wyjątkowo podzielam odczucia Clary. Alec, przestań.


Eklerka zaczyna tłumaczyć sąsiadce, jak kielich do niej trafił.


- Dała go pani pod inną postacią - wyjaśnił Jace. - W formie prezentu.
Dorothea spojrzała na niego pustym wzrokiem.
Czy ona naprawdę nic nie pamięta? - pomyślała Clary.


Ani trochę nie jest to podejrzane. Wcale.


Nasza bohaterka podbiega do stolika i znajduje As Kielichów wśród leżących tam kart.


- Jace, daj mi stelę - poprosiła.


O, teraz ołówek już nie wystarczy?


Clary  przesunęła  nią  po  runach  namalowanych  z  tyłu  karty - zakrętas tutaj, kreska tam, a razem oznaczały coś zupełnie innego.


Patrząc na to, jak charakterystyczne są runy, naprawdę trudno mi uwierzyć, że Dorothea przez co najmniej dziesięć lat się nie skapnęła, co namalowano z tyłu jej talii tarota.


Oczywiście Clary wyciąga Kielich Anioła, a rozdział kończy zdanie:


Karta, teraz pusta, rozsypała się w popiół i opadła na dywan.


I to już wszystko na dziś. Chyba dosyć szumnie obiecałam wam zalążek akcji, bo właściwie cały rozdział przegadano, ale hej! Jeśli was to pocieszy, zbliżamy się do końca!


Za tydzień czeka nas rozwiązanie tajemnicy dziwnego zachowania Dorothei (a.k.a. Ten Jeden Raz, Gdy Cassie Wyprzedziła Rowling), Alec po raz kolejny wyjdzie na ofermę oraz będziemy świadkami szokującej zdrady.


Do zobaczenia!