poniedziałek, 10 lipca 2017

14. Hotel Dumort

Witam ponownie po przerwie sporo dłuższej niż początkowo zapowiadano. Wiem, że zawaliłam. Pozwolicie, że odpuszczę sobie tłumaczenia, jedynie przepraszając uniżenie i dziękując za te wszystkie naprawdę miłe komentarze, sugerujące, że komuś brakowałoby moich analiz. Mogę tylko dodać, że jestem już zdrowa, w pełni sił i gotowa na kolejne starcie z „Miastem Kości”, co zapewne mi się przyda, ponieważ dziś po raz kolejny czeka nas rozdział z przygodą na dwadzieścia stron, która zajmująca jest tylko w teorii. Ale cóż zrobić? Są autorzy dowcipni, potrafiący porwać czytelnika… i jest Cassandra Clare, interesująca się jedynie wątkami miłosnymi oraz podkreślaniem zajebistości swoich pacynek. Wszyscy gotowi? Pasy zapięte? No to jedziemy z tym koksem!
Jak może pamiętacie (mi osobiście chwilę zajęło, nim sobie przypomniałam), pod koniec poprzedniego rozdziału, Płowy Buc postanowił przed akcją ratunkową odwiedzić kościół. Niestety, jak na Nocnego Łowcę przystało (wybaczcie ten wyciekający z ekranu sarkazm), nie miał zielonego pojęcia, gdzie na Brooklynie znajduje się najbliższa świątynia. Już za moment dowiecie się, dlaczego wywołuje to u mnie tyleż facepalmów, co brak zielonego pojęcia o lokalizacji kryjówki nowojorskich wampirów.


W nocy kościół przy Diamond Street wyglądał widmowo. Jego gotyckie łukowate okna odbijały blask księżyca jak srebrne lustra. Płot i kutego żelaza otaczający budowle był pomalowany na matową czerń.


Wiecie, za największą zaletę gatunku urban fantasy uznaję to, że miasto odgrywa jakąś rolę w historii, a my, czytelnicy, możemy z pomocą Google Maps obejrzeć sobie miejsca, które zwiedzili bohaterowie. Dlatego naprawdę nie rozumiem, dlaczego padło na brooklyńskie Diamond Street, gdzie kościoła nie ma. Dosłownie przecznicę dalej znajduje się parafia św. Stanisława Kostki (i, patrząc na zdjęcia, to ją miała na myśli Cassie), zresztą w okolicy nagromadziło się trochę kościołów, choćby Polish National Catholic Church, więc po co, na Bora Wszechlistnego, PO CO upychać akurat Diamond Street, na którym żadnej świątyni nie ma? Według Wikipedii, Cassandra Clare od czasów licealnych mieszkała w USA, konkretniej w Los Angeles (gdzie, notabene, dzieje się akcja obecnie wydawanych „Mrocznych Intryg”) i Nowym Jorku właśnie, więc podejrzewam, że Cassie wybrała taką, nie inną lokalizację na miejsce akcji swojej książki, gdyż była jej ona bliska. Czy nie mogła więc sięgnąć, do jasnej cholery, po mapę?! Z bólem każdego organu wewnętrznego, ale mogę przyjąć te głupoty w stylu „pomiędzy Francją i Niemcami nic nie ma”, bo zdaję sobie sprawę z nieuświadomienia statystycznego Amerykanina na temat właściwie wszystkiego, co ma związek z Europą (choć mieszkając na Starym Kontynencie przez naście lat NAPRAWDĘ powinno się posiadać tak podstawową wiedzę), ale takiej maniany jak powyżej zwyczajnie nie potrafię zrozumieć. Może to ja jakaś dziwna jestem, że umieszczając opowiadanie w realnych dekoracjach, nie rozstaję się z mapą miasta i Google.


Clary szarpnęła bramą, ale wisiała na niej solidna kłódka.
- Zamknięte - powiedziała, zerkając przez ramię na Jace'a.


Z zasady, jeśli na bramie wisi kłódka, jest ona zamknięta, ale dziękujemy za potwierdzenie.


Jace wyjął stelę.
- Puść mnie.
Podczas gdy majstrował przy zamku, Clary obserwowała jego szczupłe plecy, grę mięśni pod krótkimi rękawami bawełnianej koszulki. Blask księżyca zmienił barwę jego włosów - ze złotych na srebrne.


Być może wyjdę na skrajnie nieromantyczną osobę, ale świetny moment sobie wybrała. Ja w tym momencie krążyłabym w miejscu i starała się z całych sił nie pytać Jacusia, czy nie mógłby trochę przyspieszyć. No ale zapomniałam, że Clary niespecjalnie interesuje los Simona, więc można podziwiać plecy przyszłego Tru Loffa, kiedy kumpel jest w niebezpieczeństwie,


Kłódka z brzękiem upadła na ziemię, przedstawiała sobą teraz poskręcany kawałek metalu. Jace wyglądał na zadowolonego z siebie.
- Jak zwykle jestem w tym zadziwiająco dobry - powiedział.
Clary nagle ogarnęła irytacja.
- Kiedy skończy się część wieczoru poświęcona samochwalstwu, może pójdziemy uratować mojego przyjaciela przed wykrwawieniem się na śmierć?


Teraz ci się przypomniało?


- Wykrwawieniem - powtórzył Jace. - Wielkie słowo.


…pomyślcie, jak muszę was kochać, skoro go znoszę.


- A ty jesteś wielkim...
- Cii, nie przeklinaj w kościele.


Cóż, ja nie jestem w kościele, więc dokończę: kutasiarzem.


- Nie wydaje ci się, że wyłamywanie zamka w drzwiach świątyni, jest niewłaściwe? -
zapytała.


Dobre pytanie, ale wydaje mi się, że niewiele mniej niewłaściwe jest zrywanie kłódki z bramy do tejże świątyni wiodącej.


Twarz Jace'a był spokojna.
- Wcale tego nie zrobimy - powiedział, chowając stele do kieszeni. Położył szczupłą brązową dłoń z koronkowym wzorem z delikatnych białych blizn tuż nad zasuwą.


Podejrzewam, że to jakieś niezręczne sformułowanie tłumacza i chodziło o opaloną dłoń, ale z drugiej strony, przypominając sobie o sposobie, w jaki Jace je, może ten brąz to po prostu pozostałości po jacusiowym obiedzie.


- W imię Clave proszę o wejście do tego świętego miejsca. W imię Bitwy, Która Nigdy Się Nie
Kończy, proszę o prawo do użycia waszej broni. W imię anioła Razjela, proszę o pobłogosławienie mojej misji przeciwko ciemności.
Clary wytrzeszczyła oczy. Jace się nie poruszył, a kiedy nocny wiatr zdmuchnął mu włosy na oczy, tylko zamrugał. Już miała się odezwać, kiedy drzwi otworzyły się ze skrzypieniem zawiasów, ukazując chłodne, ciemne pomieszczenie oświetlone punkcikami ognia. Jace się cofnął.


Taaak, Nocni Łowcy mają specjalną wcale-nie-magiczną formułkę, żeby dostać się do kościoła. Nie zaspoileruję, jeśli powiem, że z konkretnego powodu, który może nawet uratować mu życie. A mimo to Jace nie wie nawet, gdzie jest najbliższy kościół na Brooklynie. Nieważne, że z książki właściwie wynika, jakby całe życie Podziemia skupiało się wokół tej dzielnicy. Ale czego ja oczekuję, skoro nowojorski Nocny Łowca, jeden z najlepszych w tym wieku (ha ha), nie ma zielonego pojęcia, gdzie mają swoją kryjówkę miejscowe wampiry. Policjanci w Springfield są bardziej kompetentni.


Clary wchodzi do świątyni pierwsza, dowiadujemy się, że nigdy nie odwiedziła żadnego kościoła.


Widywała wnętrza na zdjęciach i na filmach, jak chociażby w scenie z monstrualnym kapłanem wampirem w jednej z jej ulubionych kreskówek.


Tak abstrahując, czy wie ktoś może, o jaką kreskówkę chodzi? Byłabym wdzięczna za odpowiedź.


W świątyni człowiek powinien czuć się bezpiecznie, ale ona nie mogła tego powiedzieć o sobie. W ciemnościach majaczyły różne dziwne kształty. Zadrżała.


Skarbie, będę się upierać, że to nie kościół, a obecność Jacusia wywołują w tobie dyskomfort. To naprawdę ostatnia osoba, z którą powinnaś zostać sama gdziekolwiek, a pusta świątynia w środku nocy znajduje się na szczycie listy.


Kiedy Jace ukląkł, Clary przez chwilę myślała, że się modli. Sam ołtarz był wysoki, z ciemnego granitu, przykryty czerwonym płótnem. Za nim majaczył ozdobny złoty parawan z namalowanymi postaciami świętych i męczenników. Każdy miał nad głową płaski złoty dysk.
- Co robisz? - szepnęła Clary.
Jace położył dłonie na kamiennej posadzce i zaczął macać, jakby czegoś szukał. Spod jego rąk wzbijał się kurz.
- Szukam broni.
- Tutaj?
- Jest ukryta zwykle koło ołtarza. Trzymana specjalnie dla nas, żebyśmy mogli jej użyć w razie konieczności.
- To jakiś rodzaj umowy między wami a Kościołem Katolickim?
- Niezupełnie. Demony istnieją na Ziemi tak długo jak my. Występują na całym świecie, pod różnymi postaciami: greckich daimonów, perskich daeva, hinduskich asura, japońskich oni. Większość systemu wierzeń godzi się z ich istnieniem i jednocześnie z nimi walczy w taki czy inny sposób.


Tak. Kościoły i wszelkie inne świątynie to dla Nocnych Łowców coś w stylu zapasowego, awaryjnego magazynu broni. To praktycznie tak, jakby Jace nie znał drogi do takowego w Instytucie, bo PO CO, przecież ktoś mu tę broń przyniesie. Im dalej, tym bardziej odnoszę wrażenie, że „Miasto Kości” stanowi zakamuflowany społeczny eksperyment, którego celem było sprawdzenie, ilu czytelników zrozumie, że Jace ma umysłowość rozjechanego ślimaka, nieistotne, jak wiele razy narrator powtórzy nam co innego.


Nocni Łowcy nie są związani z jedną religią, dlatego wszystkie pomagają nam w naszej walce. Mógłbym równie dobrze zwrócić się o pomoc do żydowskiej synagogi, świątyni szintoistycznej albo... A, jest.


W tym momencie chciałam zauważyć, że mimo tego spytał o kościół, ale zwracam honor, Jace rzeczywiście nie określał dokładnie, o jaką świątynię chodzi. Niemniej bardzo żałuję, że nie wiemy, gdzie dokładnie mieszka Magnus, ponieważ chętnie sprawdziłabym, czy jedna z brooklyńskich synagog nie znajduje się bliżej jego apartamentu niż wspomniany kościół, który NIE STOI przy Diamond Street.


Clary uklękła obok niego i na jednym z oczyszczonych z kurzu ośmiokątnych kamieni zobaczyła wyryty Znak. Rozpoznała p równie łatwo, jakby czytała słowo po angielsku. Oznaczał „Nefilim”.


Ja wiem, że zapewne miało być mistycznie, ale wszystkie kościoły wokół Diamond Street, jakie znalazłam, wliczając w to ten św. Stanisława Kostki (możemy chyba przyjąć, że właśnie o ten chodziło) raczej pozostają w użytku. Ergo ktoś w nich sprząta. Ergo nie kupuję grubej warstwy kurzu na podłodze.


Jace wyjął stelę i dotknął nią kamienia. Płyta odsunęła się ze zgrzytem. W ukrytym pod nią ciemnym schowku znajdowało się długie drewniane pudełko. Jace uniósł jego wieko i z satysfakcją przyjrzał się starannie ułożonym przedmiotom.
- Co to jest? - zapytała Clary.
- Fiolki ze święconą wodą, błogosławione noże, stalowe i srebrne miecze - odparł Jace, kładąc broń na posadzce obok siebie. - Drut z elektrum, niezbyt przydatny w tej chwili, ale dobrze jest mieć coś na wszelki wypadek, srebrne kule, czary ochronne, krucyfiksy, gwiazdy Dawida...


Ja już nawet nie będę powtarzała, jakim idiotyzmem jest więc kompletny brak wiedzy o położeniu świątyń w okolicy, skoro każda dysponuje takim arsenałem…


- Jezu! - mruknęła Clary.
- Wątpię, czy zmieściłby się tu.


5154504132c60_o.jpg


- Jace!
- Co?
- Nie wiem, ale tego rodzaju żarty w takim miejscu wydają się niestosowne.


Skarbie, żaden jego żart od początku książki nie był stosowny; pół biedy, jeśli tylko nieśmieszny, ale większość można uznać za obraźliwą.


Jace wzruszył ramionami.
- Właściwie nie jestem wierzący.


Ja przepraszam, ale to mi w przypadku Jacusia zalatuje specjalnym płowym płatkiem śniegu. Dopełnia zresztą jego kreację bucowatego gimbusa. Osobiście również nie jestem osobą wierzącą, ale gdybym żyła w świecie pełnym demonów, wywodziła się od aniołów i za broń uważała m.in. wodę święconą, rozważyłabym jednak opcję, że stworzyła nas jakaś siła wyższa.


Clary spojrzała na niego zaskoczona.
- Naprawdę?
Jace pokiwał głową przyglądając się fiolce z przezroczystym płynem. Włosy opadły mu na twarz, ale ich nie odgarnął. Clary świerzbiły ręce, żeby zrobić to za niego.


Simon w niebezpieczeństwie? Jaki Simon? Tu się buduje napięcie erotyczne stulecia, Simon nam potrzebny jak podstawy tego związku.


- Myślałaś, że jestem religijny?
- Cóż... - Clary się zawahała. - Skoro są demony, musi być również...
- Co musi być? - Jace schował buteleczkę do kieszeni. - A, masz na myśli, że jeśli jest to... - spojrzał na podłogę - musi istnieć i to. - Wskazał sufit.
- To chyba logiczne, nie?
Jace wyjął z pudła miecz i obejrzał jego rękojeść.
- Wiesz, co ci powiem? Zabijam demony przez jedną trzecią mojego życia. Odesłałem ich chyba z pięćset do jakiegoś piekielnego wymiaru, z którego wypełzły. Przez cały ten czas nie widziałem ani jednego anioła. I nigdy nie słyszałem o kimś, kto by widział.


…czyli właśnie przyznałeś, że anioły nie istnieją i się od nich, twoim zdaniem, nie wywodzicie? Nigdy nie widziałam tak pięknego przykładu samozaorania. Zastanawia mnie, czy Cassie w ogóle myślała nad tym, co pisze. Bo tak, ja wiem, Jacuś liczy sobie lat szesnaście, a w tym wieku ludzie często miewają sprzeczne opinie. Problem w tym, że Jacuś to również projekcja mokrych snów autorki, nie jest więc niedojrzały. On ma po prostu Kryzys EgzystencjalnyTM, typowy dla mrocznych misiów. A że z tego wychodzi jeszcze bardziej jego głupota i rasizm? Bywa.


- Ale przecież to anioł stworzył Nocnych Łowców - przypomniała Clary. - Tak mówił Hodge.
- Ładna historyjka. - Jace spojrzał na nią zmrużonymi kocimi oczami. - Mój ojciec wierzył w Boga. Ja nie.
- Wcale?
Clary nie była pewna, dlaczego go naciska, skoro sama nigdy nie zastanawiała się nad tym, czy ona wierzy w Boga i anioły, i zapytana, odpowiedziałaby, że nie.


Opierając się na rozdziale jedenastym? Bo jesteś wścibską suką, która nie zna pojęcia prywatności i uważa, że każdy, kogo spotka, powinien się jej zwierzyć ze wszystkich sekretów.


Korciło ją, jednak, żeby skruszyć tę skorupę cynizmu, którą, otaczał się Jace, i zmusić
go do przyznania się, że w coś wierzy, coś czuje, na czymś mu zależy.


W ten sposób kobiety pakują się w toksyczne związki, no ale łobuz kocha najmocniej, prawda?


Kierowany siłą imperatywu oraz zbliżającego się romansu, Jacuś zdradza, że ma kryzys wiary od czasu śmierci ojca. Nie uważa jednak, by Bóg nie istniał, a jedynie wątpi w jego miłosierdzie i sprawiedliwość. Brzmi to wiarygodniej, ale po co w takim razie samozaoranie przy gadce o aniołach?


Przeskok! Jace i Clary jadą na Manhattan, są sami w wagonie.


Clary siedziała w milczeniu i rozmyślała o Simonie.


Stary, musisz częściej ryzykować życie, Eklerka jeszcze nigdy nie poświęcała ci tyle uwagi.


Jace od czasu do czasu zerkał na nią, jakby chciał coś powiedzieć, ale po chwili znowu zapadał w nietypowe dla niego milczenie.


Z tego zdania wynika, że jednak się odzywał, skoro dopiero po chwili znów zapadał w milczenie, acz to taka uwaga na marginesie. Swoją drogą, Clary zna go jakieś dwa dni, a już zauważyła, jak bardzo Jace kocha własny głos, skoro uznaje milczenie za nietypowe dla niego. :D


Kiedy wysiedli z metra, ulice były opustoszałe, powietrze ciężkie, o posmaku metalu, pralnie, zakłady usługowe i małe sklepy spożywcze ukryte za drzwiami z blachy falistej. Po godzinnych poszukiwaniach w końcu znaleźli hotel w bocznej uliczce odchodzącej od Sto Szesnastej. Wcześniej mijali go dwa razy, sądząc, że to kolejny opuszczony dom mieszkalny, zanim Clary zauważyła przekrzywiony szyld, częściowo zasłonięty przez karłowate drzewo. Napis powinien brzmieć „Hotel Dumont”, ale ktoś zamalował N i zastąpił ją literą R.


Okej, pominę Clary – (w teorii) martwi się o (teoretycznie) najlepszego przyjaciela, zresztą kwestia jej formy po ataku Pożeracza stanowi niewiadomą nawet dla autorki. Ale Jace przez godzinę, mijając hotel dwa razy, nie zorientował się, gdzie są? Najlepszy Nocny Łowca w tym pokoleniu… Jeśli większość obecnego pokolenia to znakowane runami szympansy to może rzeczywiście, ale i tak nie dałabym sobie za to uciąć głowy.


- Hotel Dumort - przeczytał Jace. - Urocze.
Clary uczyła się francuskiego tylko przez dwa lata, ale to wystarczyło, żeby zrozumiała żart.
- Du mort, śmierci.


Poczucie humoru subtelne jak rewolucja październikowa to jakaś cecha wspólna większości istot w tym uniwersum.


Jace pokiwał głową. Był czujny, jak kot, który dostrzegł mysz chowającą się pod kanapą.


Ostatnio, jak był taki czujny, bardzo się zdziwił atakiem Wyklętego, ale może coś uległo zmianie przez te niecałe dwa dni.


- Ale to nie może być hotel - stwierdziła Clary. - Okna są zabite deskami, drzwi zamurowane…


Każdy wie, że hotele to jedyne budynki na świecie, które nigdy nie bywają opuszczone. Elementarne, drogi Watsonie.


Umilkła, widząc jego spojrzenie. - Racja. Wampiry.


Tak tylko napomknę, że Clary zwykle opisywana jest jako bystra… Zastanawia mnie, czy którykolwiek bohater książki by się z tym zgodził, pomijając zaślepionego Simona.


- My nie latamy - zauważyła Clary.
- Istotnie - zgodził się Jace. - My wyłamujemy zamki i wchodzimy. - Ruszył przez
ulicę w stronę hotelu.
- Latanie wydaje się bardziej zabawne - stwierdziła Clary, biegnąc za nim.
- W tej chwili wszystko wydaje się bardziej zabawne.


Ja też sobie dowcipkuję z kolegą, idąc na ratunek przyjacielowi, o którym nie wiem, czy jeszcze żyje. Wy nie?


Clary nie wiedziała, czy Jace powiedział to serio. Wyczuwała w nim podniecenie myśliwego.


To nie jest ani trochę normalne, szczególnie kiedy wampiry porwały im szczura przez głupi dowcip Jace’a.


Wcale nie wyglądał na tak niezadowolonego, jak twierdził. Zabił więcej demonów, niż ktokolwiek w jego wieku. Trudno tego dokonać, wzbraniając się przed walką.


Na twoim miejscu zapytałabym, ile z tych demonów zabił poza grami komputerowymi. Gdybym miała okazję obejrzeć sobie jego walkę z Wyklętym i to partactwo w Pandemonium, zaczęłabym wątpić nawet w to, czy potrafi kopnąć kurczaka w „Fable”.


Podmuch gorącego wiatru poruszył liście na rachitycznym drzewie rosnącym przed hotelem, zgarnął śmieci z popękanych chodników, cisnął je do rynsztoków. Okolica była dziwnie wymarła. Na Manhattanie zwykle można kogoś spotkać na ulicach, nawet o czwartej nad ranem.


Generalnie to jak na Nowy Jork, przez 90% czasu jest w tej książce zadziwiająco goło, Jace i Clary wiecznie jadą pustymi wagonami, chodzą pustymi ulicami, mijają puste okna… Nawet statyści nie chcą występować w takiej abominacji.


- Trzymaj się z dala od światła - powiedział Jace, chwytając ją za rękaw. - Mogą obserwować nas z okien. I nie patrz w górę.


Ja się nie znam, ale czy wampiry nie mają też świetnego węchu i słuchu? Trzymanie z dala od jedynej działającej latarnii w okolicy to chyba trochę za mało.


Jacuś wraz z Eklerką przekradają się w okolice dawnej alejki dla dostawców.


Była wąska, pełna śmieci: spleśniałych kartonowych pudeł, szklanych i plastikowych butelek, rozrzuconych patyków, które Clary wzięła w pierwszej chwili za wykałaczki, ale z bliska stwierdziła, że przypominają...
- Kości - powiedział Jace beznamiętnym głosem - Psie, kocie. Nie przyglądaj się za bardzo. Chodzenie po śmietniku wampirów rzadko bywa przyjemne.


Cholera, znów ci wegetarianie?! O ile się nie mylę, prawdziwe wampiry uznawały konsumowanie zwierząt za coś poniżej swojej godności.


Clary zwalczyła odruch wymiotny.
- Cóż, przynajmniej wiemy, że jesteśmy we właściwym miejscu - skwitowała lekkim tonem. I, jakby w nagrodę, dostrzegła przelotny błysk szacunku w oczach Jace'a.


Są takie fragmenty, do których brakuje mi słów komentarza. To jeden z nich. Śmiało, podsumujcie to jakoś za mnie.


Tym razem Clary ma swój moment chwały, zauważając, że pod śmieciami powinno znajdować się wejście do magazynu.


Jace skinął głową.
- Też mi to przyszło do głowy.


To czemu tego nie powiedziałeś, snując dywagacje, że przy drzwiach frontowych nie ma miejsca dla parkującej ciężarówki, więc tamtędy na pewno nie wchodzono?


- Chyba będziemy musieli coś z nimi zrobić. Możemy zacząć od tego kontenera. - Bez entuzjazmu wskazał na duży śmietnik.


Tak, to jest to, co widzicie. Płowy Buc, zawodowy morderca demonów, naczelny badass serii, nie chce sobie ubrudzić łapek w śmietniku. Dla przypomnienia: nudny, prozaiczny Simon spędził trzy dni w krzakach. Nie było to konieczne czy zbyt inteligentne, ale to nie Padawan Friendzone’a wychodzi tu na mięczaka.


- Wolałbyś stanąć twarzą, w twarz z hordą, demonów? - spytała Clary.
- Przynajmniej nie roiłyby się od robactwa. A w każdym razie, większość. Kiedyś w kanałach pod Grand Central tropiłem pewnego demona...
- Nie! - Clary ostrzegawczo uniosła rękę. - Teraz nie jestem w nastroju.


Jest też kilka przeszkód nieco istotniejszych niż Twój nastrój, tak tylko przypomnę.


- Chyba pierwszy raz słyszę coś takiego od dziewczyny.


Wiecie co? Zważywszy na fakt, że ten facet ma szesnaście lat, a jego zdobyczami mogły być jedynie Podziemne, zwykle mające lat co najmniej kilkadziesiąt… to jest po prostu niesmaczne, by nie rzec, że niepokojące.


Płowy Buc postanawia przy pomocy Clary przewrócić śmietnik, gdy wtem…


- Naprawdę myślicie, że wam się uda? - dobiegł z mroku czyjś głos.
Clary obejrzała się i zamarła, wpatrując się w ciemność u wlotu zaułka. Przez krótką, chwilę paniki zastanawiała się, czy to nie był omam słuchowy, ale Jace też znieruchomiał, a na jego twarzy odmalowało się zdziwienie.


Rzeczywiście, głos w ciemności tuż pod kryjówką wampirów, cóż może to być? Osobiście obstawiam, że Czerwony Kapturek trochę zboczył z drogi.


Rzadko coś go zaskakiwało, i jeszcze rzadziej komuś udawało się do niego podkraść.


Jak na razie Jace’a coś zaskakuje średnio co drugi rozdział, ale powiedzmy, że wierzę na słowo. Zwłaszcza dziewczynie, która zna go mniej niż tydzień.


- Kto tam? - zapytał spokojnie.
- Dios mio. - Głos był męski, rozbawiony, z miękkim hiszpańskim akcentem.


Znacie może tę zasadę filmową, że obcokrajowcy wtrącają w losowych sytuacjach rodzime zwroty? Tak, Cassandra Clare, jak widać, hołduje temu bezdennie głupiemu i sztucznemu, schematowi. Poważnie, czy ktokolwiek, kto go powiela w swoich dziełach, kiedykolwiek rozmawiał z obcokrajowcem? Sama mam w rodzinie Meksykankę i choć nie rozmawiamy często, jakoś nigdy nie złapałam jej na wtrącaniu hiszpańskich słówek w losowych momentach. Może jakaś wybrakowana jest.


- Nie jesteście stąd, co?
Z najgęstszej ciemności powoli wyłonił się chłopak, niewiele starszy od Jace'a i pewnie jakieś sześć cali niższy. Był szczupły, miał wielkie ciemne oczy i skórę koloru miodu,
jak na obrazach Diego Rivery. Był ubrany w czarne spodnie i białą, koszulę rozpiętą pod szyją.
Gdy zbliżył się do światła, wiszący na jego piersi łańcuch zalśnił słabo.
- Sam widzisz - odparł ostrożnie Jace, nadal trzymając rękę przy pasie.
- Nie powinno was tu być. - Nieznajomy przeczesał ręką gęste czarne loki, które opadały mu na czoło.
Chce nam dać do zrozumienia, że to zła okolica, pomyślała Clary i omal się nie roześmiała, choć sytuacja wcale nie była zabawna.


…ja się już nie chcę śmiać, ja chcę łkać nad waszą głupotą, skoro o czwartej nad ranem oczekujecie w opuszczonej uliczce, przy hotelu wampirów, Przyziemnego.


Chłopak wskazał na kontener.
- Co zamierzacie z nim zrobić?
Nie umiem kłamać na poczekaniu, pomyślała Clary i spojrzała z nadzieją na Jace'a.


Nie przypominam sobie, aby ten motyw się jeszcze kiedyś przewinął, ale mogę się mylić. W każdym razie, to jedna z tych cech Clary, które autorka wymyśliła nagle i raczej o nich nie pamiętała w dalszym procesie twórczym.


On, niestety, od razu ją rozczarował mówiąc wprost:
- Próbujemy dostać się do hotelu. Pomyśleliśmy, że za tym śmietnikiem mogą być drzwi do piwnicy.
Oczy chłopaka rozszerzyły się z niedowierzania.
- Puta madre. Po co mielibyście to robić?


Jeśli jeszcze nie załapaliście, że nieznajomy jest Latynosem, w następnym akapicie Cassie zapewne każe mu zaśpiewać „La Cucaracha”.


Jace wzruszył ramionami.
- Dla żartu. No wiesz, dla zabawy.
- Nie rozumiecie. To miejsce jest nawiedzone, przeklęte, pechowe. - Chłopak energicznie potrząsnął głową i powiedział po hiszpańsku kilka słów, które, jak podejrzewała Clary, miały coś wspólnego z głupotą zepsutych białych dzieciaków.


Bardzo łatwo przekroczyć tę cienką granicę pomiędzy reprezentacją a obraźliwym stereotypem, a autorka właśnie na niej balansuje.


- To zależy - powiedział Jace i lekko rozchylił kurtkę. Błysnęła broń wsunięta za pasek. - Ile ci płacą, żebyś odciągał ludzi od tego hotelu?
Chłopak się obejrzał, a Clary zdrętwiała, kiedy wyobraziła sobie wąski zaułek pełen niewyraźnych postaci o białych twarzach, czerwonych ustach i lśniących kłach. Kiedy nieznajomy ponownie spojrzał na Jace'a, usta miał zaciśnięte w wąską kreskę.


Nie, doprawdy? Jestem pod wrażeniem, że wpadli chociaż na to, że może to być ktoś na usługach wampirów. No, Jacuś wpadł, oddajmy mu sprawiedliwość. Clary pozostaje rzodkiewką, jeśli chodzi o IQ.


- Kto mi płaci, chico?
- Wampiry. Ile ci płacą? A może chodzi ci o coś innego. Obiecali, że uczynią cię jednym z nich, dadzą wieczne życie, żadnego bólu, żadnych chorób, żadnej śmierci? Bo takie życie jest nic niewarte. Wlecze się niemiłosiernie, kiedy nie możesz oglądać światła słonecznego, chico.


Myślę, że twoja moralizatorska gadka mogłaby dotrzeć trochę lepiej, jakbyś nie powtarzał tego „chico”. Ale może po prostu w twoich ustach wszystko brzmi obraźliwie.


Twarz chłopaka pozostała bez wyrazu.
- Mam na imię Raphael, a nie chico - oświadczył.


Głośniej, autorka nie słyszała, siedzi w tylnym rzędzie.


- Ale wiesz, o czym mówimy? - zapytała Clary. - Wiesz o wampirach?
Raphael odwrócił głowę w bok i splunął. Kiedy znowu na nich spojrzał, jego oczy były pełne iskrzącej się nienawiści.
- Los vampiros, si, zwierzęta pijące krew.


Poważnie, jeśli dla was nie brzmi to głupio, zróbcie eksperyment: powiedzcie kwestię Raphaela o angielsku, zastępując hiszpańskie zwroty polskimi. Totalnie jestem w stanie uwierzyć, że ktoś tak naprawdę mówi. Totalnie.


- Widziałeś je? - spytał Jace. - Albo znasz kogoś, kto je widział?
- Było kiedyś paru chłopaków, grupka przyjaciół - zaczął Raphael. - Wpadli na świetny, ich zdaniem, pomysł, żeby wejść do hotelu i zabić potwory. Wzięli pistolety i noże pobłogosławione przez kapłana. Nikt więcej ich nie widział. Moja ciotka znalazła później ich ubrania przed domem.
- Przed swoim domem? - upewnił się Jace.
- Si. Jednym z tych chłopaków był mój brat. - Raphael powiedział to beznamiętnym tonem. - Teraz już wiecie, dlaczego czasami przychodzę tutaj w środku nocy, kiedy wracam do domu od cioci, i dlaczego was ostrzegałem. Jeśli wejdziecie do środka, już stamtąd nie wyjdziecie.


Zastanawiam się, czy nasi bohaterowie kupiliby tę bajeczkę równie łatwo, gdyby Raphael był biały. W końcu rola tych przesądnych zawsze przypada Latynosom/Indianom/innej mniejszości etnicznej.


- Tam jest mój przyjaciel - wyjaśniła Clary. - Przyszliśmy po niego.
- Aha, więc pewnie nie uda mi się was zniechęcić.
- Nie - przyznał Jace. - Ale nie martw się. Nie przydarzy nam się to, co twoim przyjaciołom. - Wyjął zza paska jeden z anielskich noży i uniósł go. Emanujący z ostrza słaby blask oświetlił jego kości policzkowe, pogłębiając cienie pod oczami. - Zabiłem wiele wampirów. One mogą umrzeć, choć ich serca nie biją.


Po raz kolejny powtarzam, że gry komputerowe się nie liczą.


Raphael gwałtownie zaczerpnął tchu i powiedział coś po hiszpańsku, zbyt cicho i szybko, żeby Clary zrozumiała.


Połowę czasu antenowego napieprza po hiszpańsku, zdziwiłabym się, jakby Cassie pozwoliła mu pięć minut mówić czystym angielskim.


- Wiem, kim jesteście. Słyszałem o was od starego padre z St. Cecilia. Myślałem, że to tylko bajki.


To tyle w kwestii „Przyziemni nie wiedzą o naszym istnieniu”. O ile jestem jeszcze w stanie z przymrużeniem obu oczu przyjąć chowanie pod ołtarzami broni dla Nocnych Łowców, ponieważ właściwie nie zostało nam wytłumaczone, jak to przebiega, o tyle naprawdę zastanawiam się, jakim cudem Jace dożył szesnastych urodzin, skoro w tej okolicy nawet mu brewka nie pyknie na zwykłego chłopaka, który wie o istnieniu wampirów i słyszał o Nefilim. Śmiałam się z naiwności Clary, ale może ten gatunek ma to uwarunkowane genetycznie?


- Wszystkie bajki są w części prawdziwe - powiedziała Clary, ale tak cicho, że chłopak chyba jej nie usłyszał.


Autorka wychyliła się zza kulis, unosząc kciuk w górę. Wrzucanie motta książki w losowych momentach – robisz to świetnie, Clarisso!


- Chcę pójść z wami - oznajmił. Jace pokręcił głową.
- Wykluczone.
- Mogę wam pokazać, jak dostać się do środka.
Jace machnął ręką, ale wyraźnie miał ochotę skorzystać z tej propozycji.


Powiedziałabym, że nie świadczy to o nim najlepiej, ale już udowodnił, ile znaczy dla niego bezpieczeństwo Przyziemnych. Gdy w grę wchodzi nieuszkodzenie sobie manicure’u, zapewne obchodzi go ono jeszcze mniej.


Raphael, jak na razie bijąc swój rekord w niewtrącaniu hiszpańskich słówek w randomowe miejsca wypowiedzi, pokazuje naszym gołąbeczkom wejście do piwnicy, Jace schodzi pierwszy.


- Idź za mną - powiedział i jednym zwinnym ruchem wsunął się przez kratę stopami do przodu. Clary wstrzymała oddech, czekając na krzyk agonii albo zaskoczenia, ale usłyszała tylko cichy stuk butów lądujących na twardej ziemi.


Eklarka chyba też zaczyna łapać, z kim ma do czynienia, skoro po skoku oczekuje od razu okrzyków agonii.


Clary spojrzała na Raphaela.
- Dzięki za pomoc.
Chłopak nic nie odpowiedział, tylko wyciągnął rękę, żeby jej pomóc. Jego palce były zimne.


Ciekawa jestem, dlaczegóż to. A teraz wybaczcie, ale muszę zetrzeć ironię z laptopa, trochę mi pociekło na klawiaturę.


Spadanie trwało zaledwie sekundę, a na dole już czekał na nią Jace. Kiedy Clary ześlizgnęła się prosto w jego ramiona, sukienka podsunęła się jej w górę, a jego dłoń musnęła
jej udo.


Trzeba Cassie przynajmniej przyznać, że jej avatar zalicza niektóre pozycje na liście szybciej od Belli Swan. Niestety czytając to, widzę oczyma wyobraźni autorkę, która aż czerwieni się z ekscytacji, opisując każdą dwuznaczność pomiędzy Clary i Jacusiem. Co w obliczu pewnego plot twistu mającego nabrać czytelników robi się dosyć… niesmaczne.


Nasze gołąbeczki lustrują wzrokiem otoczenie, aż tu wtem! Raphael zeskakuje, najwyraźniej postanawiając do nich dołączyć. Jego lekkomyślność jest co najmniej zastanawiająca, skoro stracił w hotelu brata, a ma rodzinę, której będzie go brakować, czyż nie? A czy Clary i Jace o tym pomyślą, znajdując się na terenie wroga?


6359861652904865821368202351_tumblr_lhv6n1EKaN1qe906a.gif


Gdyby głupota miała skrzydła, tych dwoje fruwałoby jak gołębie.


Wyglądał na zmęczonego. Clary zauważyła sińce pod jego oczami.


Nie zostaje mi żaden komentarz poza:


6mqJz.gif


- Musimy iść tędy, w stronę schodów. - Raphael pokazał ręką. - Oni są, na wyższych piętrach hotelu. Zobaczycie.
Minął Jace'a i przeszedł przez wąski otwór. Jace popatrzył za nim, kręcąc głową.
- Naprawdę zaczynam nienawidzić Przyziemnych - stwierdził.


W imieniu Przyziemnych: my też cię nienawidzimy.


Przeskok! Dostajemy opis piwnicy oraz parteru hotelu. Jest całkiem niezły, zdecydowanie najbardziej klimatyczny w całej dotychczasowej książce, więc go pominę. Jedynym problemem jest znalezienie nieuszkodzonych schodów, ale wreszcie nasza dzielna drużyna odkrywa jedyne ocalałe, zapewne używane wcześniej przez personel.


Stopnie pokrywała gruba warstwa kurzu podobna do drobnego szarego śniegu.
Clary od razu zaczęła kaszleć.
- Cii - syknął Raphael. - Usłyszą cię. Jesteśmy blisko miejsca, gdzie śpią.
- Skąd wiesz? - zapytała szeptem. W ogóle nie powinno go tutaj być. Jakie miał prawo robić jej wykłady?


Dobry Borze, zdołałam już zapomnieć o atakującym znienacka ego Clary. Jak podejrzany nie byłby Raphael, w tym momencie ma ewidentną rację, a tej znów coś nie pasuje. Cassie, wyhamuj proszę z niezależnością swojej bohaterki, bo wychodzi dosyć kuriozalnie.
+ Czy jej właśnie NAPRAWDĘ nie przyszło do głowy, że wiedza Raphaela wydaje się… nie, okej. Cassie, wygrałaś. Niech Eklerkę coś zeżre, bo najwidoczniej cudem dożyła pięknego wieku lat prawie szesnastu.
+ Doceńmy fakt, że Raphael jak na razie porzucił hiszpańskie wstawki. Najwidoczniej rola chodzącej reprezentacji Latynosów została chwilowo odbębniona.


Z niegdyś centralnego punktu holu, imponujących, kręconych schodów ze złoconymi balustradami, wyłożonych grubym dywanem w kolorach złota i szkarłatu, zostały teraz jedynie górne stopnie prowadzące w ciemność. Reszta kończyła się w powietrzu tuż nad ich głowami. Widok był równie surrealistyczny jak na abstrakcyjnych obrazach Magritte'a które uwielbiała Jocelyn. Ten mógłby mieć tytuł „Schody donikąd”, pomyślała Clary.


Wiecie, może to jedynie moja osobista preferenacja, ale irytuje mnie, kiedy bohaterowie w narracji pierwszoosobowej lub personalnej, zapominając zupełnie o problemach (np. przyjaciel w niebezpieczeństwie) mają poetyckie skojarzenia. Skoro oni nie dają faka poważnej sytuacji, dlaczego ja mam dawać? Pomijając, oczywiście, fakt, że Simon jest jedną z jakichś czterech sympatycznych postaci, które spotkaliśmy.


- Co wampiry mają przeciwko schodom? - Jej głos zabrzmiał sucho jak pokrywający wszystko wokół kurz.
- Nic - odparł Jace. - Po prostu nie widzą potrzeby ich używania.
- Pokazują, w ten sposób, że to miejsce należy do nich. - Raphael wydawał się niemal podekscytowany. Jego oczy błyszczały.


Cullenowie, jak widać, nie są tru nawet w świecie, gdzie wampiry ukazano dotychczas jako bandę przygłupich gotów. To wręcz przykre.


Jace łypnął na niego z ukosa.
- Widziałeś kiedyś wampira?


Chciałam cię spytać o to samo.


Raphael spojrzał na niego z roztargnieniem.
- Wiem, jak wyglądają. Są bledsze i chudsze niż ludzie, ale bardzo silne. Chodzą cicho jak koty i atakują z szybkością węża.


Nie mam siły na komentarz, prawdę powiedziawszy. Nie chodzi nawet o tę wypowiedź, ale kuriozum całej sytuacji. Myślicie, że w Podziemiu też przyznają nagrody Darwina?


Zanim Raphael opuścił głowę, Clary dostrzegła w zagłębieniu jego szyi bliznę, bardzo białą na tle brązowej skóry.


Biorąc pod uwagę, że stoją w ciemnym jak nie powiem co holu, za oświetlenie mając jedynie serafickie ostrze Jace’a, które (sugerując się wcześniejszym opisem) nie posiada świecącego ostrza, a jedynie RĘKOJEŚĆ, więc część światła i tak pozostaje zasłonięta dłonią Jacusia, Clary Sue dostrzega zadziwiająco wiele szczegółów. Ozdoby na kolumnach pod sufitem, kilkanaście metrów wyżej, również zdołała opisać.


- Myślę, że powinniśmy wrócić do schodów służbowych - wyszeptała. - Tutaj czuję się jak na widelcu.
Jace skinął głową.
- Zdajesz sobie sprawę, że kiedy tam dotrzemy, będziesz musiała zawołać Simona i mieć nadzieję, że cię usłyszy?


…czy Nocni Łowcy naprawdę zrzucają winę za zanikanie swojego gatunku na demony, skoro najzajebistszy z zajebistych Nefilim potrafi ułożyć plan, który zatwierdzić mogłaby jedynie selekcja naturalna? To tylko taki trolling, prawda, Cassie? Bo przecież nie wierzysz chyba w inteligencję kogoś, kto idzie do kryjówki wampirów z TAKIM pomysłem?


Clary była ciekawa, czy na jej twarzy odmalował się strach.
- Ja...
Przerwał jej krzyk mrożący krew w żyłach. Clary odwróciła się gwałtownie. Raphael zniknął, ale na warstwie kurzu, w miejscu gdzie musiał przejść... albo zostać przeciągnięty, nie było śladów stóp.


Skoro nie ma śladów stóp, nie wspomniano też, aby wyglądało, jakby kogoś ciągnięto, sugerowałabym raczej, że Raphaela poderwano do góry, skoro wampiry śpią pod sufitem, a wy stoicie jak na widelcu.


Niestety najwyraźniej nie trafiłam, ponieważ nasze gołąbeczki znajdują Raphaela w starej sali balowej.


Raphael stał pośrodku pokoju z rękami zwieszonymi po bokach. Clary podbiegła do niego i pytała bez tchu:
- Wszystko w porządku?
Chłopak wolno pokiwał głową.
- Wydawało mi się, że zobaczyłem ruch w ciemności. Ale chyba mi się przywidziało.


W tym momencie nie trzeba być Nocnym Łowcą. Nie trzeba nawet mieć za sobą obejrzanego jakiegokolwiek horroru. W tym momencie starczy znajomość dowolnego odcinka serii o Scoobym Doo, żeby domyślić się, że COŚ. JEST. NIE. TAK. Gdyby nie plot armor Eklerki i jeszcze grubszy plot armor Płowego Buca, byłby to ostatni rozdział książki oraz serii zarazem, jak bogackiego.


Ruszył do drzwi, nie patrząc, czy idą za nim. Zrobił tylko kilka kroków, kiedy Jace zawołał cicho:
- Raphael!
Kiedy się odwrócił, Jace rzucił nożem.


tenor.gif


Pardon my French, ale: KURWA, WRESZCIE. Zamierzałeś poczekać, aż dziabnie Clary?


Chłopak zareagował błyskawicznie, ale nie dość szybko. Ostrze trafiło w cel, siła uderzenia ścięła go z nóg i runął na murową posadzkę. W słabym blasku czarodziejskiego światła jego krew miała czarny kolor.
- Jace! - Clary patrzyła na niego z niedowierzaniem, wstrząśnięta. Mówił, że nienawidzi Przyziemnych, ale nigdy...


Wiecie co? Głupota Clary Sue jest od początku książki tak rażąca, że nawet nie dziwi mnie jej nieogar, co właśnie miało miejsce. Zwróćcie uwagę na coś dalece ciekawszego: to, z jaką łatwością Eklerka przyjęła, że Jacuś zabił Przyziemnego tylko z powodu osobistej niechęci do tego gatunku. Jestem ostatnią osobą do bronienia dobrego imienia Płowego Buca, ale Clary (i autorka) już teraz rozpływa się nad nim przy każdej okazji. Łącząc to z powyższym, otrzymujemy obraz cokolwiek niepokojący.


Oczywiście, panna Fray, nadal nie ogarniając sytuacji (jak przystało na istotę o IQ pierwotniaka), chce ruszyć na pomoc rannemu, jednak Jacuś ją odpycha. Między nim i Raphaelem wywiązuje się walka.


- Chybiłeś - rzucił drwiąco. - Nie trafiłeś mnie w serce.
- Poruszyłeś się w ostatniej chwili - zauważył Jace. - To była bardzo nietaktowne.
Raphael zmarszczył brwi i splunął. Clary cofnęła się o krok, patrząc na niego z coraz większym przerażeniem.
- Kiedy się domyśliłeś? - Jego hiszpański akcent zniknął bez śladu.


Cóż, Raphael rzeczywiście JEST Latynosem, więc niezbyt rozumiem, czemu musiał udawać dosyć obraźliwą wersję stereotypu na temat tej mniejszości, aby ich nabrać.


- W zaułku - odparł Jace.


Biorąc pod uwagę, jak lubisz powoływać się na swoją wyższość nad Podziemnymi, wynikającą z przynależności do Nocnych Łowców, wierzę ci raczej średnio.


- Ale chciałem, żebyś wprowadził nas do hotelu. Gdybyśmy wkroczyli tam bezprawnie, nie chroniłoby nas Przymierze.


Obawiam się, że w przypadku pełnej wersji, tzn. „porwali nam szczura, bo zniszczyłem ich motory”, Przymierze i tak nie ochroni twojego płowego tyłka.


Kiedy nie zaatakowałeś nas od razu, pomyślałem, że może się myliłem.


Czy ktoś wyjaśnił ci różnicę między demonami i Podziemnymi? Ci drudzy nie atakują wszystkiego, co się rusza, ale rozumiem, że do rasisty może to nie docierać.


Potem zobaczyłem bliznę na twojej szyi. - Odsunął się trochę, nadal trzymając ostrze przy gardle Raphaela. - Kiedy wcześniej zauważyłem łańcuszek, przyszło mi do głowy, że wygląda jak te, na których wiesza się krzyżyk. I robiłeś to, kiedy szedłeś z wizytą do rodziny tak? Ślad po małym oparzeniu to drobiazg, skoro wasze rany tak szybko się goją?
Raphael się roześmiał.
- I tyle ci wystarczyło? Moja blizna?
- Kiedy zniknąłeś z foyer, nie zostawiłeś śladów na kurzu. I wtedy już miałem pewność.


No cóż, pysiu, twojej przyszłej drugiej połówce to wszystko (w szczególności brak śladów) oraz podejrzane okoliczności nie wystarczyło, by nabrać podejrzeń. Swoją drogą, skoro Raphael wyszedł ze ściemą szytą tak grubymi nićmi, Podziemni nie mają chyba najlepszego zdania o inteligencji Nocnych Łowców.


- To nic twój brat przyszedł tutaj szukać potworów, prawda? - odezwała się Clary. - To byłeś ty.


e62.gif
(Na zapłon Clary nie pomoże mi nawet piękny Charles Dance, ale przynajmniej osłodzi nieco ten ocean głupoty).


- Oboje jesteście bardzo bystrzy - stwierdził Raphael.


Jeśli to sarkazm to zaczynam go lubić.


- Ale niewystarczająco.
Spójrzcie w górę. - Wskazał na sufit.
Jace odepchnął jego rękę, nie spuszczając z niego wzroku.
- Clary? Co widzisz?
Clary wolno uniosła głowę. Żołądek miał ściśnięty ze strachu.
„Trzeba sobie wyobrazić, jak te schody wyglądały przed laty, z gazowymi lampami przy stopniach, płonącymi jak świetliki w ciemności balkonami pełnymi ludzi”. Teraz balkony też były pełne, tyle że wampirów o śmiertelnie bladych twarzach i czerwonych ustach rozciągniętych w uśmiechu rozbawienia.


Trzeba mieć tupet, by próbować wmówić czytelnikowi, że Jacusia rzadko coś zaskakuje, a kilka stron później PO RAZ KOLEJNY pozwolić, aby coś go zaskoczyło.


Jace nadal patrzył na Raphaela.
- Wezwałeś ich, tak?
Raphael uśmiechnął się szeroko. Krew już przestała płynąć z rany na jego piersi.
- A czy to ma znaczenie? Jest ich za dużo, nawet dla ciebie Wayland.


Raphael, skarbie, przejęzyczyłeś się, chodziło ci o „zwłaszcza”.


Jace nie odpowiedział. Nie poruszył się, ale oddychał szybko. Clary niemal czuła jego pragnienie, żeby zabić wampira, wbić mu nóż w serce i raz na zawsze zetrzeć z twarzy jego ironiczny uśmieszek.


Cassie, to nie jest męskie. To nie jest godne twardziela. To nie zasługuje na podziw. To. Jest. Chore.


- Nie zabijaj go, Jace - rzuciła ostrzegawczo.
- Dlaczego?
- Może wykorzystamy go jako zakładnika.
Oczy Jace'a się rozszerzyły.
- Zakładnika?


Najwidoczniej pierwszy raz słyszy o innym zastosowaniu przeciwnika niż obiekt do przebicia na wylot serafickim ostrzem.


Jacuś stawia Raphaela na nogi, a Clary zaczyna negocjacje z wampirami.


Jakaś wampirzyca przepchnęła się przez tłum i stanęła u jego boku: ładna Azjatka o niebieskich włosach, w spódnicy ze srebrnej folii. Clary była ciekawa, czy w ogóle są jakieś brzydkie albo grube wampiry.


No przecież blondyn z odrostami, który ukradł ci Simona nie powalał urodą. Dlatego właśnie na niego padło, zawsze ten najbrzydszy musi namieszać.


Może ci krwiopijcy woleli nie powiększać swojego grona o nieatrakcyjnych ludzi? A może brzydcy ludzie po prostu nie chcieli żyć wiecznie.


Czy to miało być zabawne? Bo wyszło obrzydliwe.


- Nocni Łowcy wtargnęli na nasze terytorium i dlatego nie chroni ich Przymierze - oświadczyła dziewczyna. - Zabijmy ich. Oni zabili dość naszych.


Nie mogę odmówić jej racji, Nocnym Łowcom wystarczy dużo mniej niż jawne naruszenie Przymierza, aby zabijać Podziemnych, a ci tutaj sami władowali się do kryjówki wampirów.


- Kto z was jest przywódcą? - spytał Jace władczym tonem. - Niech wystąpi.
Azjatka obnażyła ostre zęby.
- Nie używaj wobec nas języka Clave, Nocny Łowco. Przychodząc tutaj, naruszyłeś wasze cenne Przymierze. Prawo nie będzie cię chronić.


Ją też zaczynam lubić. Odnoszę wrażenie, że im mniej styczności z Nocnymi Łowcami, tym łatwiej o to, aby postać wydawała się sympatyczna.


Okazuje się, że w zastępstwie nieobecnej przywódczyni (naprawdę, świętujmy, że chwilowo oszczędzono nam przynajmniej tej żenady) wampirami kieruje Raphael. Eklerka proponuje wymianę: nasz chico za Simona.


- Nie zabieraliśmy do domu żadnych ludzi z przyjęcia Magnusa. To byłoby naruszenie Przymierza.
- Zmienił się w szczura - wyjaśniła Clary. - Małego brązowego szczura. Ktoś pewnie pomyślał, że to oswojone zwierzątko albo...
Urwała w pół zdania. Wszyscy patrzyli na nią jak na wariatkę. Ogarnęła ją rozpacz.
- Przekonajmy się, czy dobrze zrozumiałam - powiedziała Lily. - Proponujesz wymienić Raphaela na szczura?
Clary spojrzała bezradnie na Jace'a. Jego wzrok mówił: „To był twój pomysł. Radź sobie sama”.


Wszyscy wiemy, że nie cierpię Clary, ale zaczyna być mi jej trochę szkoda. Przynajmniej w tej scenie. Zachowanie Jace’a to zwykła podłość, skoro miał jej pomóc. Facet widzi, jak bezradna się robi w tej sytuacji, co wynika po części z tego, że nie potrafi rozmawiać z wampirami, ale nie. Nie i takiego wała, tak się zgina dziób pingwina. Co za dupek.


Słyszała za sobą chrapliwy oddech Jace'a. Była ciekawa, czy zastanawia się, dlaczego pozwolił jej się tutaj przyciągnąć. Ciekawe, czy ją znienawidzi.


Przestań. Być. Taką. Wycieraczką. Myślenie przez dwie minuty o czym innym niż jego płowa rzyć by cię nie zabiło, zaręczam.


Okazuje się, że jeden z wampirów uznał szczura, którego Clary znalazła na imprezie, za swojego kolegę w zwierzęcej postaci (z czego wynika, że powinni mieć pretensję o próbę porwania wampira, ale gdzie ja szukam logiki). Już-już ma dojść do wymiany, aż wtem…


Clary sięgnęła po Simona niecierpliwym gestem, ale nim zdani zrobić krok w stronę chłopaka, drogę zagrodziła jej Lily.
- Chwileczkę - powiedziała. - Skąd mamy wiedzieć, że nie zabierzecie szczura, a potem i tak nie zabijecie Raphaela?


Lily jest zdecydowanie zbyt rozsądną bohaterką. Stawiam dychę, że więcej jej nie zobaczymy.


Clary wypala z propozycją, że dadzą im słowo, iż tak nie zrobią. Jace nie jest tym zachwycony, ponieważ Nocni Łowcy są zbyt cool na zwykłe przysięgi i ta jego będzie obowiązywała do końca życia, więc nigdy przenigdy nie będzie mógł zabić Raphaela. Nie, żeby ktokolwiek przed nim w ogóle mówił o zabijaniu – nasz latynoski przyjaciel chciał początkowo odwieść Nocnych Łowców od wizyty w hotelu. Skoro Jacuś rozpoznał go od razu i uparł się na teatrzyk, wystarczyło wpleść w wypowiedź coś w stylu „jest tam nasza własność”. Raphael ewidentnie nie chciał konfliktu z Clave, skoro próbował powstrzymać gołąbeczki przed wejściem, a zmienił zdanie zapewne, gdy uznał ich za zarozumiałych, żądnych rozróby Nefilim. Pozbycie się przez Jacusia na pięć minut mentalności dresiarza, który wiecznie szuka okazji do bójki, zdecydowanie mogłoby skrócić ten rozdział. I cały sztucznie nadmuchany konflikt. Zapoczątkowany przez Płowego Buca głupim dowcipem.


Chyba szykuje mi się migrena.


- Wy go tutaj przynieśliście - wtrąciła Clary. - On nie naruszył waszego terytorium.
- To szczegóły techniczne - skwitował Raphael, uśmiechając się mimo noża na gardle.
- Poza tym, myślicie, że nie słyszymy plotek krążących w Podziemnym Świecie jak krew w żyłach? Valentine wrócił. Wkrótce nie będzie Przymierza ani Porozumień.
Jace gwałtownie uniósł głowę.
- Gdzie o tym usłyszeliście?


Z twoich własnych słów w rozdziale piątym wynika, że trąbi o tym co najmniej pół Podziemia. Tylko siebie możesz winić za lekceważenie tej kwestii.


Raphael skrzywił się pogardliwie.
- Wszyscy Podziemni o tym wiedzą. Tydzień temu zapłacił czarownikowi za bandę Pożeraczy. Wziął swojego Wyklętego i szuka Kielicha Anioła. Kiedy go znajdzie, nie będzie między nami fałszywego pokoju, tylko wojna. Żadne prawo nie powstrzyma mnie przed wydarciem ci serca na ulicy, Nocny Łowco…


Nie zabrzmi to najlepiej, ale będę kibicować ci z całych sił, skarbie. Mi amor. Jak wolisz.
+ Tak, wiem, co pisałam chwilę temu, ale w zaistniałych okolicznościach Raphaelowi ewidentnie mogło skoczyć (metaforyczne) ciśnienie. Ma prawo mówić takie rzeczy, skoro w tym uniwersum nikt nie przejmuje się dyplomacją.


Wynurzenia Raphaela dają Clary kopa, by odbić przyjaciela. Dziewczyna rzuca się w stronę Simona i wdaje w szarpaninę z Lily.


Czubek jej buta trafił w cel, bo Lily wrzasnęła z bólu i wściekłości, a następnie uderzyła przeciwniczkę w twarz z taką siłą, że jej głowa odskoczyła do tyłu.


Sprawia mi to niemal tyle satysfakcji, co nieudolne samobójstwo Wertera.


Clary ratuje, rzecz jasna, Płowy Buc. Radość nie trwa jednak długo, gdy w powstałym zamieszaniu rzuca się na niego Raphael (czym awansuje sobie chwilowo na moją ulubiona postać).


Mały brązowy szczur przebiegł pod jej nogami i skoczył napastnika. Raphael krzyknął, kiedy Simon zawisł na jego przedramieniu zębami wbitymi głęboko w ciało.
Wampir puścił Nocnego Łowcę i zatoczył się do tyłu. Krew trysnęła z jego ręki, z ust poleciał
stek hiszpańskich przekleństw. Jace rozdziawił usta ze zdumienia.


„Dlaczego Simon jest lepszy od Jacusia”, powód nr. przestałam liczyć już dawno.


Nasze gołąbeczki oraz bohaterski (chwilowo) szczur uciekają, gonieni przez wypełnione żądzą mordu wampiry.


- Nie powinniśmy zostać i walczyć czy coś w tym rodzaju? - spytała.
- Dlaczego?
- Nie wiem. Na filmach tak właśnie się robi w podobnej sytuacji.


…ona jest głupia czy głupia? Clary, skarbie, jest was troje. Jedno z was to szczur. Dwoje z was jest przydatnych bojowo i ty akurat się do tego duetu nie zaliczasz. Goni was co najmniej kilkadziesiąt wampirów. Do the math.


Czuła, że Jace drży.
Czyżby się bał? Nie, on po prostu się śmiał.
- Ty... - wykrztusił. - Jesteś najbardziej...
- Najbardziej co? - obruszyła się Clary.


Głupią krową, jaką widział świat. Mam nadzieję, że pomogłam.


- Nic - odparł Jace. - To nie jest żadna sytuacja, jasne? Zostawiam to słowo na takie chwile, kiedy rzeczy naprawdę przyjmują zły obrót.


W takim razie, czego używasz jako zamiennika słowa „sytuacja” w jego zwykłym rozumieniu? To chyba najciekawsze zagadnienie na blisko dwustu stronach książki.


Sięgnęła do paska i zacisnęła palce na rękojeści sztyletu. Był zimny i obcy. Nie wiedział, jak się posługiwać nożem. Nigdy nikogo nie uderzyła, nie mówiąc o zadźganiu.


A teraz przypomnijcie sobie te wszystkie momenty, kiedy nasza Clary Sue kozaczyła, jakby miała co najmniej czarny pas karate. He he.


Opuściła nawet lekcję WF - u, na której uczono ich, jak bronić się przed rabusiami albo gwałcicielami, mając do dyspozycji zwykłe przedmioty, takie jak: kluczyki od samochodu albo długopis.


Ponieważ nigdzie nie pada wzmianka, jakoby Clary była chorowita, za to jest gdzieś wspomniane, że zdarzało się jej zrywać z lekcji, mogę powiedzieć tyle: moje serdeczne gratulacje, Clarisso. Podobne zajęcia zwykle są zapowiadane wcześniej, przynajmniej w przypadku mojego liceum, i nie sądzę, aby typowy amerykański ogólniak od tego odbiegał. Także no.


Szyby eksplodowały do środka w deszczu rozbitego, Clary krzyknęła. Zobaczyła, że wampiry, które dzieliła od nich zaledwie długość ramienia, odwracają się zaskoczone, a na ich twarzach zdumienie miesza się z przerażeniem. Przez rozbite okna do środka tuziny smukłych kształtów. Poruszały się na czterech łapach, nisko przy ziemi. Sierść lśniła w blasku księżyca, oczy jarzyły się niebieskim ogniem, z gardeł wydobywał się głuchy pomruk, który brzmiał jak szum wodospadu.


Próbuję sobie wyobrazić zbiorowy warkot brzmiący jak wodospad, ale to chyba przekracza moje możliwości.


Wilki.
- Teraz to jest dopiero sytuacja - powiedział Jace.


I tym dramatycznym akcentem kończymy rozdział. Powiem szczerze, że chyba najlepszy ze wszystkich dotychczas analizowanych, ponieważ rzeczywiście COŚ się dzieje. Tak, zawiązanie akcji jest głupie. Tak, katalizator wszystkich problemów stanowi Jacuś. Niemniej pierwszy raz wycinałam spore fragmenty tekstu nie, ponieważ były nudne (choć nie porywały), ale ponieważ nie mogłam w sumie zarzucić im niczego, czego nie powiedziałabym o przeciętnej scenie akcji w filmie klasy B.


Na koniec ogłoszenie: opóźnienie analizy wynikało z faktu, że trochę zwaliło mi się na głowę. Nie chcę porzucać bloga (i na pewno tego nie zrobię), niemniej potrzebuję trochę oddechu. Nie zawieszam analiz, jednak mogą pojawiać się one nieregularnie aż do października. Mam nadzieję, że to rozumiecie.


Do zobaczenia!