wtorek, 10 kwietnia 2018

Epilog: Szczyt kusi

Dzisiejszy odcinek analizy dedykuję Aalysanne, która jest jeszcze większą masochistką niż ja, nie tylko z powodu mierzenia się z większą ilością złej literatury. ;)


Moi mili, to już ostateczne. Nieodwołalne. Przed nami ostatnie spotkanie z „Miastem Kości”, a przynajmniej tą jego wersją, którą pierwotnie wydano, bez dodania w droższych edycjach usuniętych scen wiszących w internecie NA OFICJALNEJ STRONIE AUTORKI za darmo. Powiedziałabym, że nie wiem, czy większa jest pazerność Clare, czy ślepe zapatrzenie fanów, ale chwilowo skupiamy się na ksiunszce. Pod poprzednim rozdziałem padały pytania, gdzie są jakiekolwiek odpowiedzi, czy Cassie świadomie zarzuciła na koniec takim kazirodczym wątkiem etc. Odpowiedź jest jedna: wszystko znajduje się w kolejnym tomie. Jasne, na tym polega rola serii, by fabuła poszczególnych części była ze sobą powiązana, niemniej tu nie ma fabuły, którą można by wiązać z czymkolwiek Cassie zadbała, by czytelnik skończył lekturę „Miasta Kości” z wielkim fuckiem od autora przyklejonym do nosa.


Od siebie dorzucę jeszcze jedno: nie mam zielonego pojęcia, dlaczego dzisiejszy odcinek to epilog. Ta część książki pełni dokładnie taką samą rolę, co ostatni rozdział każdej części sagi pani Rowling, cyklu o Percym Jacksonie i im podobnych serii: po emocjonującym starciu następuje wyciszenie, ukazanie nam, co dalej z bohaterami oraz przygotowanie na kolejny tom. Noale. To chyba kolejne opkowe prawo, zaraz po podziale historii na księgi – epilog to absolutne must be. Prolog też i „Miasto Kości” zawierało takowy, ale chyba nawet Cassie uznała, że jest za słaby, by wrzucić go do druku.


Tak czy inaczej – pasy zapięte? No to jedziemy!


Korytarz szpitalny był oślepiająco biały. Po wielu dniach przebywania w blasku pochodni,  lamp gazowych i niesamowitego czarodziejskiego światła, w jaskrawym elektrycznym oświetleniu wszystko wydawało się blade, mdłe i nienaturalne.


Iiii własnie w tym momencie Cassandra Clare sama się sprzedała. Ałtorka nie ma zielonego pojęcia, ile trwa akcja „Miasta Kości”. Pozwólcie, że ja przypomnę:
  • rozdział pierwszy rozgrywa się w niedzielny wieczór;
  • rozdziały 2-4 dzieją się w poniedziałek;
  • w rozdziale piątym słyszymy, że Eklerka pozostawała w śpiączce przez trzy dni. Zauważmy, że Jacuś przyniósł ją do Instytutu w nocy z poniedziałku na wtorek, więc Lightwoodowie liczą te trzy dni od wtorku;
  • rozdziały 5-9 (i początek dziesiątego) dzieją się w rzeczony piątek;
  • rozdziały 10-14 rozgrywają się kolejnego dnia;
  • rozdziały 15-17 w niedzielę, właśnie mija nam okrągły tydzień;
  • w rozdziale siedemnastym wybija północ, więc zaczyna się poniedziałek i trwa on… do końca książki. Nie żartuję w tym momencie. W rozdziale osiemnastym Clary przychodzi do Jace’a nad ranem, później tego dnia mają starcie z Abbadonem, bezpośrednio po tym pojawia się Valentine, Eklerka rusza w pogoń za Antytezą Benjamina Buttona, Luke jej broni, opowiada swoją tragiczną historię i jadą na Renwick. Prawdopodobnie w trakcie wielkiej bitwy wybija kolejna północ, zaczynamy wtorek.
Wnioski? Clary urwało film na TRZY DNI, więc z ośmiu pamięta PIĘĆ. Jeśli dla was roboczy tydzień to „wiele dni”, najwyraźniej żyjecie w czasoprzestrzeni Cassie. Nie pomnam nawet, jak śmiesznie brzmią po moich wyliczeniach deklaracje o wielkiej miłości pomiędzy naszym świeżo upieczonym rodzeństwem. Z pięciu dni możecie śmiało odjąć jeden, bo zapewne tyle mniej więcej byśmy uzbierali, sumując wszystkie absencje Jacusia w fabule. Clary i Jace znają się cztery dni. CZTERY DNI. I nie przeprowadzili tak naprawdę ŻADNEJ rozmowy, która pozwoliłaby się im poznać. BUDUJEMY EPICKI, ZAKAZANY ROMANS NA CZTERECH DNIACH. Cassie, dziękuję ci. Ja bym cię nigdy tak nie spunktowała, jak ty to zrobiłaś swoją skłonnością do określania dokładnie, ile czasu minęło.
+ Na marginesie wspomnę, że ałtorka kolejny raz uznała research za coś gorszego od cholery, bowiem według kalendarza urodziny Clary wypadały w roku akcji książki W CZWARTEK.
+ Na jeszcze większym marginesie: jeśli komuś się bardzo nudzi, niech zrobi kiedyś re-reading analizy i policzy wszystkie posiłki, które Eklerka zjadła w trakcie trwania książki. Wyliczyłam je co do jednego i niestety nie możemy przyjąć, że autorka dała Clary Sue najeść się za kulisami, albowiem dzienna rutyna naszej hirołiny jest opisana naprawdę dokładnie.


To jest właśnie problem z wieloma pisarzami, nie tylko YA, acz z tymi szczególnie: nie uważają na ramy czasowe. W ich głowie to wszystko ma dużo więcej sensu, ale potem muszą, po prostu MUSZĄ opisać nam każdy dzień bohatera i jesteśmy w stanie policzyć, ile czasu naprawdę trwa fabuła. W przypadku omawianego dzieUa jest o tyle śmieszniej, że gdyby Clary nie zapadła w Opkową Śpiączkę, historia rozgrywałaby się w PIĘĆ DNI. Dosłownie.


Z rozmowy Eklerki i pielęgniarki możemy wywnioskować, że akcja epilogu rozgrywa się jakieś cztery dni po rozdziale dwudziestym trzecim. Wowow, Cassie, szalejesz. Jeszcze trochę i twój epicki romans będzie się opierać na DWÓCH tygodniach znajomości.


W szpitalu klimatyzacja działała pełną parą, choć na zewnątrz już czuło się jesień.


Mamy przełom sierpnia i września, dotychczas opisy wskazywały na raczej ładną pogodę, ale okej. Może faktycznie się strasznie popsuła, a to zdanie nie ma jedynie dodawać dramaturgii.


Drzwi na końcu korytarza były otwarte. Clary zajrzała do środka, nie chcąc budzić Luke'a,  jeśli drzemał na krześle przy łóżku, tak jak poprzednie dwa razy, kiedy tu przychodziła.   Teraz nie spał, tylko rozmawiał z wysokim mężczyzną w szacie koloru pergaminu. Kiedy Cichy Brat się odwrócił, jakby wyczuł jej obecność, zobaczyła, że to
Jeremiasz.
- Co się dzieje? - spytała, krzyżując ręce na piersi.


No nie wiem, może Clave zainteresowało się wieloletnim zbiegiem.


Pod luźną flanelową koszulą odznaczały się bandaże, którymi nadal miał owiniętą klatkę piersiową.


Chciałabym się kiedyś dowiedzieć, jak właściwie jest z regeneracją wilkołaków w tym uniwersum. Tak, pamiętam, że Luke zarobił ostrzem między żebra, ale jak na stworzenia, które mają się charakteryzować szybkim zdrowieniem, wilkołaki Cassie wypadają dosyć lamersko. Nawet według standardów YA.


Cichy Brat zarzucił kaptur na głowę i ruszył do drzwi, ale Clary stanęła mu na drodze.
- No, więc? - rzuciła wyzywająco. - Pomożecie mojej matce czy nie?


To, że Eklerka jest roszczeniową, bezczelną smarkulą wiemy od dawna i nikt nam nie zamydli oczu wywodami, jak to jej zachowanie jest powodowane troską o matkę. Ale wyjaśnijcie mi, ile szarych komórek trzeba mieć, by zachować tę arogancką postawę po okazaniu się córką największego zbrodniarza wśród Nocnych Łowców i wroga Clave? Szczególnie chcąc uzyskać pomoc dla swojej wyjętej spod prawa matki, przez którą Clave straciło (dwukrotnie) Kielich Anioła?


Jeremiasz przysunął się bliżej, aż Clary poczuła zimno płynące od jego ciała niczym para od góry lodowej. „Nie możesz ratować innych, dopóki nie uratujesz siebie", rozległ się głos w jej głowie.


Jak widać, brat Jeremiasz nie jest raczej typem, którego pytacie o godzinę, gdy zależy wam na szybkiej odpowiedzi.


- Te mądrości z ciasteczek z wróżbą mają długą brodę - skwitowała Clary. - Co jest mojej mamie? Wiecie? Czy Cisi Bracia mogą jej pomóc tak, jak pomogli Alecowi?


Clary? Ty matce chcesz pomóc czy zaszkodzić? Bo w tym momencie trudno jednoznacznie stwierdzić, ale śmiem zgadywać, opierając się jedynie na twoim postępowaniu, że chcesz skazać Jocelyn na sen wiekuisty.


Nikomu nie pomogliśmy, odparł Jeremiasz. Nie jest naszym zadaniem pomaganie tym, którzy sami odłączyli się od Clave.




Inna sprawa, że Alec się od Clave nie odłączył w żaden sposób, ale kogo interesują takie nieścisłości, to tylko jeden z bohaterów pobocznych


Po tym oświadczeniu Jeremiasz ominął ją i wyszedł na korytarz. Clary odprowadziła go wzrokiem i stwierdziła, że nikt nie zwraca na niego uwagi. Kiedy przymrużyła oczy, zobaczyła otaczającą go migotliwą aurę czaru. Była ciekawa, co widzą inni.
Kolejnego  pacjenta? Spieszącego  się doktora w chirurgicznym   kitlu? Smutnego odwiedzającego?


Skoro karocy, na którą Cisi Bracia zrzucili się z Kylo Renem, Przyziemni nie widzą, dlaczego mieliby widzieć Cichych Braci jako takich? Wiecie, mogę się mylić, ale Eklerka powinna dopuszczać taką opcję.


- Mówił prawdę - odezwał się za nią Luke. - Nie wyleczył Aleca. Zrobił to Magnus Bane.


Przepraszam, to gdzie od trzech dni Eklerka przebywa, że elektryczne oświetlenie nadal jest jej dziwnie obce? Chyba nie w Instytucie? Wtedy powinna wiedzieć, kto wyleczył Ale… a. Zapędziłam się, sorry. Miałam jakąś pomroczność i przez chwilę mi się wydawało, że Clary Sue ma na tyle rozwiniętą empatię, by zapytać Isabelle o samopoczucie brata czy coś.


A Jeremiasz nie wie, co jest twojej matce.
- Ja wiem - oznajmiła Clary, wracając do sali.


„Clary’s Anatomy”?


Clary ujęła w dłonie szczupłą rękę matki, tak jak poprzedniego dnia i jeszcze dzień wcześniej. Czuła puls w nadgarstku, równy i mocny. Ona chce się obudzić, pomyślała. Wiem, że chce.
- Oczywiście, że chce — odezwał się Luke, a Clary ze zdziwieniem uświadomiła sobie, że wypowiedziała te słowa na głos.


Zapiszmy ją do specjalisty, PROSZĘ. Nie zniosę kolejnych czynności, których wykonywania Clary nie była świadoma.


- Ma dla kogo wyzdrowieć, choć nie o wszystkich wie.
Clary delikatnie położyła dłoń matki na pościeli.
- Masz na myśli Jace'a.


To może lepiej niech się nie budzi, jeden rozwydrzony bachor to była dla niej wystarczająca kara za paskudny charakter.


Clary delikatnie położyła dłoń matki na pościeli.
- Masz na myśli Jace'a.
- Oczywiście, że mam na myśli Jacea. Opłakiwała go przez siedemnaście lat. Gdybym mógł jej powiedzieć, że już dłużej nie musi się smucić... - Głos mu się załamał.
- Podobno ludzie w śpiączce słyszą, co się do nich mówi - powiedziała Clary. Co prawda,  lekarze twierdzili, że to nie jest zwykła śpiączka spowodowana urazem, niedotlenieniem, zawałem czy udarem. Było tak, jakby pacjentka po prostu zasnęła i nie mogła się obudzić.


Tak tylko spytam: pomijając niezaprzeczalną zaletę, jaką jest dostęp do kroplówki (której magiczną wersję serwował Jocelyn mąż, więc najwyraźniej Jace i spółka NAPRAWDĘ chcieli zabić Eklerkę przez pamiętne trzy dni) – jaki jest sens trzymania pani Fray w szpitalu Przyziemnych? To żadna zagadka, że raczej nie zapadła w śpiączkę z przyczyn naturalnych. I zapewniam was, że Cassie w tym momencie nie ma jeszcze pojęcia o istnieniu Catariny Loss, która JAKOŚ (acz bardzo nieporadnie) skleja tę dziurę.


- Wiem - rzekł Luke. - Rozmawiam z nią. Prawie bez przerwy. - Uśmiechnął się ze znużeniem. - Mówiłem jej, jaka byłaś dzielna. Że może być z ciebie dumna. Ze swojej córki-wojownika.


Mam nadzieję, że nie pominąłeś tej części, w której córka-wojownik bardziej przejmowała się losami znanego tydzień przystojniaka niż własnej matki.


W gardle Clary wyrosła nagle bolesna gula. Przełknęła ślinę, odwracając wzrok od Luke'a i wyglądając przez okno. Zobaczyła jedynie pusty ceglany mur budynku stojącego naprzeciwko. Żadnych ładnych widoków drzew czy rzeki.


Dla matki Mary Sue to powinno się zburzyć cały budynek, był widok był lepszy. Jak lekarze mogli o tym nie wiedzieć?


- Zrobiłam zakupy, o które prosiłeś - powiedziała. - Masło orzechowe, mleko, płatki i chleb od Fortunato Brothers. - Pogrzebała w kieszeni dżinsów. - Mam resztę...
- Zatrzymaj ją. Możesz zapłacić za taksówkę.
- Simon  mnie odwiezie.  - Clary spojrzała  na zegarek „Butterfly"   zawieszony na breloczku od kluczy. - Pewnie już czeka na dole.
- To dobrze. Cieszę się, że spędzisz z nim trochę czasu.


Biedny Simon. Jego koszmar dopiero się zaczyna. Naprawdę, kochani. Jeszcze zatęsknicie za oglądaniem traktowania, jakie spotykało go ze strony Eklerki w tym tomie.


- Tak czy inaczej, zatrzymaj pieniądze. Wyjdź gdzieś wieczorem.


Walentynka na pewno uszanuje jej prawo do wyszumienia się z uprzejmością godną swojego rowlingowskiego odpowiednika dbającego o edukację Pottera.


Clary już chciała zaprotestować, ale się pohamowała. Mama zawsze powtarzała, że Luke jest w trudnych chwilach jak skała: solidny, godny zaufania, niezłomny.


Jak ta Clary dzielnie nie odmawia melanżu z najlepszym (ponoć) przyjacielem! Oto prawdziwe poświęcenie!


- Przyjdź wreszcie do domu, dobrze? - poprosiła. - Ty też potrzebujesz snu.


Aha. Czyli tak, jak podejrzewałam, Eklerka przeniosła się do Luke’a. Rozumiem, że siedzi tam po ciemku, skoro elektryczne światło jest nagle takie dziwne i nienaturalne?


Kiedy wyszła ze szpitala głównymi drzwiami, van Erica już stał przy krawężniku; jego silnik pracował na jałowym biegu.


Chyba tylko kryzys pod tytułem „Mój Tru Loff to mój brat” powstrzymał Clary Sue przed urządzeniem Simonowi awantury, że tym razem nie skołował jakiegoś bardziej estetycznego wozu.


Simon pochylił się i otworzył jej drzwi, a ona wsiadła na miejsce pasażera.
- Dokąd? - zapytał, włączając się do ruchu na Pierwszej Alei. - Do domu?
Clary westchnęła.
- Nawet nie wiem, gdzie on jest.


Dramatyczna kwestia #579 bohaterki YA? Jest!


Simon zerknął na nią z ukosa.
- Użalasz się nad sobą, Fray?


O stary, Ameryki to ty nie odkryłeś, że tak powiem.


Gdyby się obejrzała, zobaczyłaby ciemne plamy na tylnym siedzeniu, gdzie nie tak dawno leżał zakrwawiony Alec z głową na kolanach Isabelle.


Jak właściwie Simon wytłumaczył Ericowi ten syf? Serio, to dużo ciekawsze niż naciągane angsty Eklerki.


- Wszystko się zmieniło. Czasami żałuję, że nie może być tak jak dawniej.
- A ja nie - powiedział Simon ku jej zaskoczeniu.


No teraz, kiedy Jacuś okazał się jej bratem, dla Simona zaświtał nieśmiało promyczek nadziei, że kiedyś wyjdzie z tego friend zone’a.


- No to gdzie jedziemy? Powiedz mi przynajmniej, czy do centrum, czy do Uptown.
- Do Instytutu - zadecydowała Clary. - Przepraszam - dodała pospiesznie, kiedy Simon wykonał raptowny zwrot, łamiąc wszelkie przepisy. Furgonetka aż zatrzeszczała w proteście, skręcając na dwóch kołach. - Powinnam powiedzieć ci wcześniej.


Simon też zaraził się przerysowanymi reakcjami, jak widzimy na załączonym obrazku.


- Uhm - mruknął Simon. - Jeszcze tam nie byłaś, odkąd...?
- Jeszcze nie.


Racja, jak nie wypada miziać się z Jacusiem, nie było powodu, by jechać tam wcześniej.


Jace do mnie zadzwonił, że z Alekiem i Isabelle wszystko w porządku. Podobno ich rodzice już wracają z Idrisu, bo ktoś wreszcie ich powiadomił, co się naprawdę dzieje. Będą za parę dni.


…czyli… przez jakieś cztery dni… nikt im nie powiedział… ba! nikt w Idrisie nie słyszał o całej akcji z Abbadonem i zdradzie Hodge’a… Ja nie wiem, ale mi to wygląda na nieprzemyślany koncept… tylko bardziej przez Clave czy autorkę…


- Czy to było dziwne? - spytał Simon, siląc się na obojętny ton. - Telefon od Jace'a po tym, jak się dowiedziałaś...
- Tak? - Głos Clary zabrzmiał ostro. - Odkąd czego się dowiedziałam? Że jest zabójcą transwestytą, który lubi męczyć koty?


Ha ha ha, cięta i dowcipna riposta Eklerki jak zawsze w punkt! Transwestyta, łapiecie? Łapiecie??? Aż mnie brzuch ze śmiechu rozbolał.


A na poważnie: tak, Cassie, jesteś bardzo tolerancyjna, już samymi rzekomymi dowodami na homoseksualizm Aleca tego dowodzisz. Zero ironii. Ani ciut-ciut.


- Nic dziwnego, że jego kot wszystkich nienawidzi.
- Och, zamknij się, Simon - rzuciła Clary z rozdrażnieniem. - Wiem, co masz na myśli.


Wystarczyłoby powiedzieć, że nie masz ochoty o tym rozmawiać, ale to ty, Clary, więc czego ja w sumie oczekiwałam…


Nie, to nie było dziwne. Między nami przecież do niczego nie doszło.
- Do niczego?
- Do niczego - powtórzyła twardo Clary, wyglądając przez okno, żeby nie dostrzegł rumieńców na jej policzkach.


To nie tak, że twój misiobrat sam powiedział Simonowi w prostych, żołnierskich słowach, co zaszło, bo chciał, byście oboje poczuli się jak szmaty do podłogi, skądże.


- Chcesz, żebym poszedł z tobą? Clary się zawahała.
- Nie. Powinnam zrobić to sama.
Wyraz rozczarowania, który pojawił się na jego twarzy, szybko zniknął. Simon bardzo wydoroślał przez ostatnie dwa tygodnie, doszła do wniosku Clary.


Brawo, Cassie, prawie sobie zdajesz sprawę, ile czasu minęło. Tylko skąd to „wiele dni” na początku epilogu?
+ Tak, wydoroślał i ci wygarnął traktowanie go jak śmiecia, ale potem wróciła mu mentalna wagina, którą porósł dzięki twojej uprzejmości, więc koniec końców wyszedł na zero. Albo nawet na minus, skoro nadal się z tobą zadaje.


Podobnie jak ona.


W internecie nie ma gifu, który oddałby mój atak śmiechu po tych kilku słowach.


I dobrze, bo nie chciałaby go stracić.


Niewolnicy nie są tani, wiemy.


Był częścią niej, podobnie jak talent do rysowania, zakurzone powietrze Brooklynu, śmiech matki i krew Nocnego Łowcy w jej żyłach.


Kochanie, obdarzasz samą siebie taką miłością, że gdyby Simon był częścią ciebie, właśnie jechalibyście do Vegas w celach matrymonialnych.


- Będziesz później potrzebowała podwózki? - zapytał. Pokręciła głową.
- Lukę dał mi pieniądze na taksówkę. A jutro po mnie przyjedziesz? Moglibyśmy zrobić popcorn i obejrzeć parę odcinków „Trigun". Przydałaby mi się odrobina psychoterapii.
Simon pokiwał głową.
- Brzmi nieźle.
Nachylił się i musnął ustami jej policzek. Był to pocałunek lekki jak liść, ale po plecach Clary przebiegł dreszcz.


Simon, proszę, opamiętaj się. Jeszcze masz szansę uciec przed toksycznym związkiem z egocentryczną drama queen.


Clary wyskoczyła z furgonetki i zatrzasnęła za sobą drzwi. Kiedy biegła ścieżką z płyt poprzerastanych trawą, usłyszała trąbienie. Nie odwracając się, pomachała Simonowi.


Rzeczywiście, przepraszam, jednak widać rozwój postaci: wreszcie Clary odpowiada W JAKIKOLWIEK sposób na simonowe próby interakcji.


Wnętrze katedry było chłodne i ciemne, pachniało deszczem i wilgotnym papierem. Jej kroki odbijały się głośnym echem od kamiennych ścian i posadzki. Clary pomyślała o kościele na Brooklynie, do którego poszła z Jace'em.
Może Bóg istnieje, a może nie. Tak czy inaczej, jesteśmy zdani na siebie.


~Clary Coelho


Kiedy   zasunęły  się za nią   drzwi windy, zerknęła  na swoje odbicie w lustrze. Większość siniaków i skaleczeń już zniknęła bez śladu.


Biorąc pod uwagę, że wszyscy traktowali ją jak worek treningowy, a od czterech dni nie miała do czynienia z magią… Śmiem wątpić.


Clary zastanawiała się, czy Jace widział ją kiedyś tak wymuskaną jak dzisiaj. Idąc z wizytą do szpitala, ubrała się w czarną plisowaną  spódnicę i staromodną bluzkę z marynarskim kołnierzem, wargi pociągnęła różowym błyszczykiem. Teraz uznała, że wygląda na osiem lat.


Wiem, że to trywialne pytanie, ale skąd ona wzięła te ciuchy? U Luke’a miała tylko jeden komplet, który zabrała w rozdziale ósmym, a z mieszkania zniknęły wszystkie jej rzeczy. No i… spódnica? Błyszczyk? Naprawdę, Clary? Co jeszcze? Różowe klapki? Wyglądasz, jakbyś się urwała spod latarni, nie uważasz? : /
+ To całkiem sporo mówi o Eklerce i jej relacji z Jacusiem, gdy nasza bohaterka, WIEDZĄC, że Płowiec to jej brat, nadal się stroi, chcąc z nim spotkać. Nie, Cassie, bynajmniej nie jest to dowód na wielką miłość i pokrewieństwo (he he) dusz.


Zresztą i tak to, co Jace pomyśli sobie o jej wyglądzie, teraz czy kiedykolwiek, nie miało znaczenia.


Właśnie dlatego się wystroiłaś.


Zastanawiała się, czy między nimi będzie kiedyś tak, jak między Simonem a jego siostrą: mieszanina znudzenia, irytacji i miłości. Nie mogła sobie tego wyobrazić.


Relacje z siostrą Simon TEŻ ma nudne? Nie możesz sobie odpuścić, co, Cassie?


Po wyjściu z windy Eklerka spotyka Churcha, który zaczyna na nią syczeć. Niestety nie ma czasu jej podrapać, gdyż…


- Clary! - Isabelle wypadła na korytarz w długiej czerwonej spódnicy i z włosami upiętymi na czubku głowy. - Jak dobrze cię widzieć!
Porwała w objęcia Clary i uściskała ją, omal nie przewracając.
- Isabelle, ja też się cieszę, że cię widzę - wykrztusiła Clary.
- Tak się o ciebie martwiłam.


Cassie, wiem, że według ciebie, Isabelle dopiero teraz zaczyna się robić sympatyczna, ale jako że dotychczas nie zrobiła nic naprawdę niemiłego, właśnie spunktowałaś Clary Sue. Poważnie, kochani, nie nazwałabym książkowej panny Lightwood najsympatyczniejszą istotą pod słońcem, ale właśnie PO RAZ KOLEJNY pokazała się z miłej strony. Tym razem wobec dziewczyny, która ani razu nie starała się nawet zdobyć na uprzejmość wobec niej. Zapytałabym, czy możemy zmienić narratorkę, ale kogo dotknie w tej serii bycie POV-em, temu człowiek zaczyna życzyć śmierci w męczarniach, potwierdzone info.


Kiedy poszliście z Hodge'em do biblioteki, a ja zostałam z Alekiem, usłyszałam eksplozję. Gdy tam pobiegłam, zobaczyłam, że was nie ma, a w środku  jest straszny bałagan. Wszędzie była krew i jeszcze coś czarnego i lepkiego.


Z Hodge’a ledwo pociekło, a Clary nie rozerwano twarzy na strzępy, więc naprawdę nie rozumiem, jakim cudem Isabelle w tych nastrojowych ciemnościach zobaczyła JAKIEKOLWIEK plamy na podłodze. Ale po cóż pamiętać, jak było, skoro trzeba dramatyzmu.


- A, racja. Jace opowiadał mi o Hodge'u.
- Tak? - zdziwiła się Clary.
- Że   kazał zdjąć  z siebie klątwę  i sobie poszedł.  Tak. Można by sądzić,  że przynajmniej się pożegna. Trochę mnie zawiódł, ale przypuszczam, że bał się Clave. Jestem pewna, że kiedyś się z nami skontaktuje.


Komentowałam już IQ Isabelle, więc mogę podsumować powyższy fragment jedynie słowami „głupia, ale poczciwa”.


Więc Jace nie powiedział im, że Hodge ich zdradził, pomyślała Clary, niepewna, co o tym sądzić. Z drugiej strony, skoro chciał oszczędzić Isabelle przykrości i rozczarowania, może nie powinna się wtrącać.


Z trzeciej strony, gdyby Isabelle miała całe trzy szare komórki, sama doszłaby do wniosku, że to brzmi jak zdrada, ale dajmy jej czas, może wreszcie coś jej ruszy w tej pięknej główce.


- Tak czy inaczej - ciągnęła Isabelle - to było okropne i nie wiem, co byśmy zrobili, gdyby nie zjawił się Magnus i nie uzdrowił Aleca.


Magnus jest jako te orły w świecie Tolkiena – wyskakuje znienacka, kiedy akurat się przyda.


- Jace opowiedział nam, co się stało na wyspie. Właściwie wiedzieliśmy o tym wcześniej, bo Magnus wisiał na telefonie przez całą noc.


Nie no, to wszystko wyjaśnia, Lightwoodowie nie mają przecież telefonu.


Wszyscy w Podziemiu o tym mówili. Jesteś sławna, wiesz.




No oszyywiście, że jest. Jak ktokolwiek mógł myśleć inaczej.


- Ja?
- Jasne. Córka Valentine'a.
Clary zadrżała.
- Domyślam się, że Jace też jest sławny.
- Wy oboje - potwierdziła Isabelle tym samym, przesadnie wesołym tonem. - Słynni brat i siostra.


To mniej lub bardziej celowe wypominanie Eklerce i Jacusiowi pokrewieństwa to moja ulubiona część tomów 1-3.


Clary spojrzała na nią ze zdziwieniem i powiedziała:
- Prawdę mówiąc, nie spodziewałam się, że ucieszy cię mój widok.


Prawdę mówiąc, ja nadal się dziwię, że kogokolwiek cieszy twój widok.


Isabelle wsparła ręce na biodrach.
- Dlaczego? - zapytała z urazą.
- Nie sądziłam, że aż tak mnie lubisz.


Ostatni raz, gdy wspomniałaś o Isabelle, twierdziłaś, że cię nienawidzi, kłamczuszku jeden.


Isabelle spojrzała w dół na swoje srebrzyste palce u stóp. Jej sztuczna wesołość
zniknęła bez śladu.
- Ja też nie sądziłam - przyznała. - Ale kiedy poszłam szukać ciebie i Jace'a i okazało się, że nigdzie was nie ma... – Zawiesiła głos. - Martwiłam się nie tylko o niego, ale również o ciebie.  Jest w tobie coś... kojącego.


Czy to serial, czy to książka, Clary jakąkolwiek chemię posiada jedynie z Izzy. Clizzy is raising!!!




Nie, ale poważnie. Pomijając te wątpliwego istnienia kojące właściwości Eklerki, to brzmi naprawdę… fanfikogennie.


A  Jace  jest przy  tobie dużo lepszy.


To ja chyba nie chcę wiedzieć, jaki był wcześniej, skoro teraz jest już tak ogromnie zmieniony.


Clary  szerzej otworzyła oczy.
- Naprawdę?


Nawet jej się nie chce w to wierzyć.


- Tak. Mniej ostry w obyciu. Nie to, że zaraz łagodniejszy, ale przynajmniej pozwala dostrzec  w sobie dobroć.


To chyba powinnam zmienić szkła na mocniejsze, bo przez ponad trzysta stron nie dostrzegłam w nim żadnej dobroci.


-   Z początku  cię nie lubiłam,   ale potem zrozumiałam, jaka byłam głupia. To, że nigdy nie miałam przyjaciółki, nie oznacza, że nie mogę zaprzyjaźnić się teraz.


Czekajcie, idę po wiadro. Cassie, czy potrafisz sobie wyobrazić, że pewna siebie nastolatka NIE MUSI nastawiać się negatywnie, widząc potencjalną kolejną dziewczynę w grupie? Wręcz przeciwnie: Isabelle, wyłączając matkę, wychowała się z samymi facetami i czytelniczki już kilkakrotnie zwróciły uwagę w komentarzach, że gdyby zachowano tu jakiekolwiek prawdopodobieństwo psychologiczne, Izzy prędzej dziękowałaby wszelkim bóstwom za postawienie wreszcie na jej drodze jakiejś potencjalnej koleżanki.


- Ja też - powiedziała Clary. - Isabelle?
- Tak?
- Nie musisz udawać miłej. Wolę, kiedy jesteś sobą.
- To znaczy jędzą? - Isabelle się roześmiała.


Nie chcę psuć nastroju, ale Clary miała na myśli raczej tępą zdzirę w kostiumie prostytutki. To swoją drogą naprawdę urocze, że z Izzy nasza bohaterka miała do czynienia jeszcze mniej niż z Jacusiem, ale jest już przekonana, że zna jej charakter. No bo… co, gdyby Isabelle naprawdę była w gruncie rzeczy miłą osobą (jak na to wskazuje jej traktowanie Simona)? Świat by się zawalił?


W tym momencie na scenę wchodzi Alec. O kulach i z licznymi opatrunkami, gdyby ktoś zapomniał, że Cassie prawie odhaczyła kolejny trop popkulturowy na swojej liście.


- Cześć - rzuciła Clary, zaskoczona, że widzi go na nogach. - Jesteś...?
- Zdrowy? Tak. Za parę dni obejdę się bez kul.
Clary poczuła ucisk w gardle. Gdyby nie ona, w ogóle by ich nie potrzebował.


Jestem zaskoczona, że w ogóle czujesz wyrzuty sumienia z powodu czegokolwiek, co zrobiłaś Alecowi. Na przykład skopania jego psychiki w wieczór przed spotkaniem Abbadona.


- Cieszę się, że z tobą wszystko w porządku, Alec - powiedziała z całą szczerością, na jaką potrafiła się zdobyć.
Alec zamrugał.
- Dzięki.


Kochany, nie bądź taki zaskoczony, chwilowo oboje nie macie szans na Jacusia, więc można zakopać wojenny topór.


- Więc Magnus cię wyleczył? - zapytała. - Luke mówił...
- Tak! - wtrąciła się Isabelle. - To było coś! Zjawił się, wyprosił wszystkich z pokoju i zamknął drzwi, a za chwilę posypały się spod nich na korytarz niebieskie i czerwone iskry.


Szczerze powiedziawszy, gdyby mi Magnus wparował do domu chwilę po tym, jak wpadł tu największy zbrodniarz gatunku, zaczęłabym podejrzewać, że miał z tym coś wspólnego, ale ustaliliśmy już, że Izzy nie jest najlepiej zaostrzonym ołówkiem w piórniku.
+ Izzy już wyczuła ship, jak widzę.


- Nic z tego nie pamiętam - stwierdził Alec.
- Potem siedział przy łóżku Aleca przez całą noc aż do rana, żeby się upewnić, że już jest z nim dobrze - dodała Isabelle.
- Tego też nie pamiętam.
Czerwone wargi Isabelle rozciągnęły się w uśmiechu.
- Ciekawe, skąd Magnus wiedział, że ma przyjść? Pytałam go, ale nie odpowiedział.


WCALE NIE PODEJRZANE. Isabelle Myśl Czasem 2k18 Challenge.


Clary  pomyślała   o złożonej  kartce, którą  Hodge wrzucił w   ogień po zniknięciu Valentine'a.


To jednak jakiś nowojorski Nocny Łowca wie, kim jest Magnus Bane?




Chciałam napisać, że Magnus wcale nie musiał się zgodzić, ale
  1. wszyscy tu przez cały czas modlą się o przychylność czynnika ludzkiego dla swoich planów;
  2. Cassie nie była ani trochę subtelna ze wskazówkami, że coś zajdzie między Alekiem i Magnusem, więc tego.


Był dziwnym człowiekiem. Poświęcał czas i robił, co się da, żeby uratować Aleca, a jednocześnie zdradził wszystkich i wszystko, na czym mu zależało.


No… nie? To nie jest ani trochę dziwne. Hodge przegrał na loterii Clave i jako jedyny z całego Kręgu oberwał, więc to jasne, że chciał zdradzić, ale z drugiej strony pomagał wychować Lightwoodów, a Alec jest jedyną myślącą istotą w tym budynku. Też bym go uratowała, nawet zdradzając Clave.


- Nie mam pojęcia - powiedziała. Isabelle wzruszyła ramionami.
- Pewnie gdzieś usłyszał, co się stało. Zdaje się, że jest podłączony do ogromnej sieci plotkarskiej.




That’s it, folks. To cały komentarz, jaki do tego mam.


- Jest Wysokim Czarownikiem Brooklynu - przypomniał Alec z lekkim rozbawieniem i zwrócił się do Clary: - Jace siedzi w oranżerii, jeśli chcesz się z nim zobaczyć. Zaprowadzę cię.


Patrząc na standardową liczbę szarych komórek u Nocnych Łowców, przestaję się dziwić, że Isabelle jest taka tępa. Alec jest najstarszy, niewiele już zostało dla Izzy. Myślicie, że Max w ogóle opanował ludzką mowę?


Ruszyli  korytarzem.   Alec szedł szybko   mimo kul. Clary musiała   truchtać, żeby
dotrzymać mu kroku.
- Mam krótkie nogi - zaprotestowała w końcu.
- Przepraszam  - bąknął skruszony  i zwolnił. - Posłuchaj...  To, co mówiłaś... co dotyczyło mnie i Jase’a, a ja na ciebie nawrzeszczałem...


Alec, NIE. Nie przepraszaj jej. Jasne, działałeś dosyć chaotycznie, nieco brutalnie i mocno OOC, ale NIE PRZEPRASZAJ kogoś, kto potraktował cię w ten sposób. Po prostu NIE. Choć ty nie właź jej w tyłek.


- Pamiętam.
- Kiedy powiedziałaś, że to dlatego, że... no wiesz... - Jąkał się, nie wiedząc, jak sformułować zdanie. Spróbował jeszcze raz. - Kiedy powiedziałaś, że jestem...
- Alec, przestań.
- Jasne. Nieważne. - Zacisnął usta. - Nie chcesz o tym rozmawiać.
- Nie o to chodzi. Po prostu czuję się okropnie z powodu tego, co powiedziałam. To było straszne. I nieprawdziwe...
- Właśnie, że prawdziwe. Każde słowo.



Powyższy gif przedstawia moje ukryte pragnienia, gdy muszę czytać taki bullshit.


- Co nie oznacza, że zachowałam się w porządku. Nie wszystko, co jest prawdą, zaraz trzeba ogłosić. To było podłe z mojej strony. A jeśli chodzi o demony, Jace wcale nie wypominał, że żadnego nie zabiłeś, tylko cię chwalił. Mówił, że zawsze chroniłeś jego i Isabelle.  Potrafi być dupkiem, ale... - Już miała na końcu języka „kocha cię", ale się powstrzymała. - Nigdy nie powiedział o tobie złego słowa. Przysięgam.


Wow, Cassie. Brzmi prawie, jakbyś wiedziała, jaką okropną osobę stworzyłaś. Niestety to jednorazowy wyskok, więc nie sądzę, byś rzeczywiście była tego faktu świadoma.


- Nie musisz przysięgać. Ja już wiem. - Mówił spokojnie, nawet z pewnością siebie, której nigdy wcześniej u niego nie zauważyła. Popatrzyła na niego zaskoczona. - Wiem, że Abbadona też nie zabiłem, ale doceniam, że tak mi powiedziałaś.
Clary zaśmiała się niepewnie.
- Doceniasz to, że cię okłamałam?
- Zrobiłaś to z dobrego serca. To dużo znaczy po tym, jak cię potraktowałem.




Jesteśmy już na ostatniej prostej, DLACZEGO TA KSIĄŻKA MI TO ROBI?!


- Myślę, że Jace nieźle by się na mnie wkurzył z powodu kłamstwa, gdyby nie to, że wtedy martwił się o ciebie. Ale jeszcze bardziej by się wściekł, gdyby wiedział o tamtej naszej rozmowie.
- Mam pomysł. - Kąciki ust Aleca się uniosły. - Nie mówmy mu. Może Jace potrafi obciąć głowę demonowi Dusien z odległości pięćdziesięciu stóp, mając do dyspozycji tylko korkociąg i gumkę recepturkę, ale czasami myślę, że nie za bardzo zna się na ludziach.


Wow, Cassie, jakiż to sprytny sposób na masturbowanie się cudownością Jacusia, jednocześnie nie mając go na scenie.


A tak serio: przeczytajcie sobie wypowiedź Aleca na głos. Czy ktokolwiek naprawdę tak mówi? A jeśli tak – czy komukolwiek chce się z nim rozmawiać?


Dotarli do podstawy spiralnych schodów prowadzących na dach.
- Nie mogę wejść na górę. - Alec postukał kulą o stopień. Rozległ się metaliczny dźwięk.
- W porządku. Sama trafię.
Alec zrobił ruch, jakby chciał się odwrócić, ale potem zmierzył ją spojrzeniem.
- Powinienem  był się domyślić,   że jesteś siostrą  Jacea. Oboje macie talenty artystyczne.


Jest kilka innych płaszczyzn, na których bym mogła wskazać ich podobieństwo.


Clary zatrzymała się z nogą na najniższym stopniu. Była zaskoczona.
- Jace potrafi rysować?
- Nie. - Kiedy Alec się uśmiechnął, jego niebieskie oczy się rozjarzyły,  a Clary zrozumiała, dlaczego tak się spodobał Magnusowi. - Tylko żartowałem. On nie potrafi narysować prostej kreski.
Pokuśtykał   o kuli, chichocząc.  Clary patrzyła za nim   z rozbawieniem. Mogła przyzwyczaić się do Aleca, który stroi sobie żarty z Jace'a, nawet jeśli jego poczucie humoru
było dość dziwne.


Bardzo dziwne. W końcu to są żarty, że Jace czegoś NIE UMIE!




Bla bla bla, oranżeria nic się nie zmieniła (widać Hodge nie zabrał ze sobą plantacji herbaty), Eklerka znajduje brata.


Miał na sobie dżinsy i biały T - shirt. Sińce na ciele wyglądały jak ciemne plamy na białym miąższu jabłka.


Okej, Alec chodzi jak weteran wojenny, bo zaatakował go demon, mogę to kupić. Ale czemu Jacuś nie nałoży sobie run, by usunąć siniaki? Jak on śpi cały posiniaczony?


Oczywiście, pomyślała Clary, prawdziwe rany są wewnątrz.




- Co to jest? - spytała, wskazując na zaciśniętą pięść Jacea. Rozchylił palce. Na jego dłoni leżał kawałek srebrnego lustra o nierównych brzegach, zabarwionych na niebiesko i
zielono.
- Fragment Bramy.
Clary usiadła obok niego na ławce.
- Widzisz w nim coś?
Jace obrócił odłamek w rękach, tak że światło przesunęło się po jego powierzchni jak fala.
- Skrawek nieba, drzewa, ścieżkę... Obracam go pod różnymi kątami, próbuję dojrzeć rezydencję. I ojca.


Wiecie co, w takich chwilach naprawdę odnoszę wrażenie, że Cassie miała jakiś przeciek z wydawnictwa, nim druk siódmego tomu Pottera ujrzał światło dzienne. Tu jest naprawdę za dużo podobieństw.


- Valentine'a - poprawiła go Clary. - Dlaczego chcesz go zobaczyć?


No nie wiem, bo wszyscy go szukają, albowiem gdyż planuje masakrę? A nie, sorry, zapomniałam. Mówimy o Płowcu, jego Podziemni nie obchodzą.


Dopiero teraz spojrzał na nią. Clary zastanawiała się, jak to możliwe, że są do siebie tak niepodobni. Dlaczego jej nie przypadły w udziale wywinięte czarne rzęsy albo wydatne kości policzkowe? Uważała, że to niesprawiedliwe.


Priorytety Eklerki w tej wariacji mnie niezmiernie bawią. Dziewczyna ma naprawdę niesamowite problemy.


- Jace... — Clary spojrzała na powierzchnię stawu, całą zieloną od opadłych liści. - Jak mogłeś być tam szczęśliwy? Wiem, co myślałeś, ale Valentine był okropnym ojcem. Zabił twojego sokoła, okłamywał cię, bił... Nawet nie próbuj zaprzeczać.


Właściwie skąd Eklerka wysnuła ten wniosek o biciu poza połączeniem faktów „antagonista” + „ojciec”?


Po ustach Jace'a przemknął cień uśmiechu.
- Tylko w co drugi czwartek.


Cassie, najwyraźniej nie masz pojęcia o przemocy domowej, więc odpuść sobie ten temat, bo kończą mi się gify z wkurzonym Kylo Renem.


- Więc jak mogłeś...
- Bo przynajmniej wtedy byłem pewien, kim jestem i gdzie jest moje miejsce. To brzmi głupio, ale... - Wzruszył ramionami. - Zabijam demony, bo tego mnie nauczono, ale to nie ja. Jestem w tym dobry, bo po śmierci ojca, kiedy sądziłem, że on naprawdę nie żyje, poczułem się wolny, bez żadnych zobowiązań. Nie było nikogo, kto by po mnie płakał. Nikogo, kto wtrącałby się do mojego życia tylko dlatego, że mi je dał.


Cool speech, still abusive dick. No przepraszam, ale on ewidentnie nawet nie widzi, co jest naprawdę złego w jego zachowaniu, więc JAK mam to traktować poważnie?


- Już tak się nie czuję.
Clary wyrzuciła ogołoconą z liści gałązkę.
- Dlaczego? - zapytała.
- Z twojego powodu. Gdyby nie ty, przeszedłbym z ojcem przez Bramę. Gdyby nie ty, poszedłbym za nim nawet teraz.


Panie i panowie, nasz Tru Loff. Gdyby nie znana mu tydzień dziewczyna, którą z trzy razy prawie zabił, poszedłby w każdej chwili za miejscowym Hitlerem. Idealny materiał na idola nastolatek.


Clary spojrzała na zaśmiecony staw. Czuła ucisk w gardle.
- Myślałam, że cię denerwuję.


No co ty, gatunek Hetero Bucus właśnie tak obchodzi okres godowy.


- Tak długo byłem wolny, że o niepokój przyprawiała mnie myśl o jakimkolwiek uwiązaniu. Ale ty sprawiłaś, że zależy mi na tym, by mieć swoje miejsce.


Idę po drugie wiadro.


Jace zerknął na nią z ukosa. Na widok złotych włosów opadających mu na oczy Clary raptem zrobiło się smutno.


Angst z powodu braku miziania to ulubiony angst bohaterek YA, zaraz po użalaniu się nad własną niedolą.


- Miałam nadzieję, że pójdziesz ze mną do szpitala.
- Wiedziałem. - Zmrużył oczy. - Clary, ta kobieta...
- To również twoja matka, Jace.
- Wiem. Ale jest dla mnie obca. Zawsze miałem tylko jednego rodzica, a on odszedł. To gorsze, niż gdyby umarł.
- Wiem. I zdaję sobie sprawę, że nie ma sensu ci mówić, jaką wspaniałą, cudowną, zdumiewającą osobą jest moja mama i że miałbyś szczęście, gdybyś ją poznał.


Jocelyn, nie wychodź ze śpiączki. Nagle dostałaś +10000 do miłości ze strony Eklerki, warto to tracić na rzecz czynnego udziału w tym cyrku?


- Dobrze. Pójdę z tobą. - Wstał z ławki. - Nie musisz mówić dobrych rzeczy o twojej matce. Ja już to wszystko wiem.
- Tak?
Wzruszył lekko ramionami.
- To ona cię wychowała, prawda?


To jak antyteza wystawienia sobie dobrego świadectwa, ale co ja tam wiem.


- Powinniśmy ruszać do szpitala. - I po namyśle dodała: - Zapłacę za taksówkę. Luke dał mi trochę gotówki.
- Nie będzie potrzebna. - Uśmiech Jace a stał się szerszy. - Chodź. Muszę ci coś pokazać.
- Skąd go masz? - zapytała Clary, gapiąc się na motocykl stojący na skraju dachu. Był jaskrawozielony, ze srebrnymi kołami i siodełkiem pomalowanym w płomienie.


Czekaj, daj mi zgadnąć: ukradł? W końcu własność Podziemnych to nie jest coś, co trzeba szanować.


- Magnus się skarżył, że ktoś zostawił go przed jego domem po ostatnim przyjęciu. Przekonałem go, żeby mi go dał.


Magnus, to idzie „bros before hoes”, nie na odwrót.


- I przyleciałeś nim tutaj? - Clary nadal wytrzeszczała oczy.
- Uhm. Coraz lepiej mi idzie. - Przerzucił nogę przez siodełko i pokazał jej, żeby usiadła za nim. - Wskakuj, pokażę ci.


W końcu ostatnim razem to był taki świetny pomysł, zwłaszcza bez kasku, prawdaż?


- Przynajmniej tym razem wiesz, że działa - zauważyła Clary, sadowiąc się za nim. - Jeśli rozbijemy się na parkingu Key Food, zabiję cię, wiesz o tym?


Będziesz musiała do tego zmartwychwstać.


Jace odwrócił głowę i spojrzał na nią przez ramię. Wiatr mierzwił jego włosy.
- O czym myślisz?! - krzyknął.
- O tym, jak inaczej wygląda wszystko tam w dole. No wiesz, teraz, kiedy widzę.
- Wszystko w dole jest dokładnie takie samo, jak było - odparł, skręcając w stronę East River i Mostu Brooklyńskiego. - To ty jesteś inna.




Clary kurczowo zacisnęła ręce na jego pasku, kiedy zanurkowali ku rzece.
- Jace!
- Nie bój się. - Mówił irytująco rozbawionym tonem. - Wiem, co robię. Nie utopimy się.


Czy ja już tego nie słyszałam, kiedy prawie zrobiłeś z was mokrą plamę na parkingu?


- Sprawdzasz, czy Alec miał rację? Że te motocykle mogą jeździć pod wodą?
- Nie. - Jace ostrożnie wyrównał lot tuż nad powierzchnią rzeki. - Myślę, że to tylko bajki.
- Wszystkie bajki są prawdziwe.




Tak, Cassie, ZAŁAPALIŚMY. Ile razy zamierzasz powtórzyć tę samą frazę w jednej książce?


Nie usłyszała jego śmiechu, tylko poczuła wibrowanie klatki piersiowej przenoszące się na koniuszki jej palców. Trzymała się mocno, kiedy Jace zatoczył koło i przyspieszył tak, że wystrzelili w górę jak ptak uwolniony z klatki. Żołądek podszedł Clary do gardła, kiedy srebrna rzeka oddaliła się błyskawicznie, a tuż pod jej stopami przesunęły się pylony mostu, jednak tym razem oczy miała otwarte, żeby wszystko dobrze widzieć.


Tym poetyckim akapitem żegnamy się (na razie) z Eklerką, Jacusiem i całą resztą pacynek Cassie.


Cóż mogę rzecz?




Nie mam zielonego pojęcia, jakim cudem ta książka zyskała sobie tyle fanek. Nie tylko dlatego, że jest pełna dziur fabularnych, logicznych oraz toksycznych wzorców – norma w takim szambie, jakie niestety stanowi literatura YA. Nie. „Miasto Kości” jest przeraźliwie nudne. Gdybym nie liczyła upływu czasu, byłabym przekonana, że akcja wlecze się tygodniami, bo tak bardzo NIC się nie dzieje. Jak akurat nie czuję wściekłości na to, co czytam, zwyczajnie zasypiam. Nie pomaga również styl: prosty, by nie rzec banalny, z naprawdę, NAPRAWDĘ źle skonstruowanymi zdaniami. Zgaduję, że Cassie nie czyta nigdy na głos, co napisała, bo może zauważyłaby, jak głupio brzmi wiele cytatów.


Jak pisałam wyżej, jest kilka sytuacji podejrzanie podobnych do siódmego tomu sagi pani Rowling: Abbadon przebrany za Dorotheę-Nagini w ciele Bathildy; odłamek lustra, w którym odbija się inne miejsce/osoba… Naprawdę byłam zaskoczona, kiedy sprawdziłam daty wydania obu książek. Na szczęście zostają też podobieństwa, co do których nie ma wątpliwości, że Cassie po prostu to skądś zerżnęła: scena z Dorotheą po pokonaniu Wyklętego, sensor, sposób zniknięcia ciała Pana Ośmiorniczki, główny antagonista i cały jego wątek… nie wspominając już o tym wszystkim, co Cassie zerżnęła z samej siebie. Nie zrozumcie mnie źle. Osobiście naprawdę lubię fanfiki i rozumiem ideę przeniesienia jakichś wyrażeń czy żartów, które szczególnie lubiliśmy, do własnej powieści, ale nie CAŁEJ POSTACI. A właśnie to stało się z Jacusiem. Nikt, kto czytał Draco Trilogy, nie potrafi go odróżnić od młodego Malfoya, co wiele mówi o całej historii. Niezależnie, jak bardzo Cassie by się wypierała (a robi to bardzo), całe „Dary Anioła” to pean pochwalny na cześć fandomowego Draco, którego wykreowała. Żeby było zabawniej, nasza ulubiona autorka CAŁY CZAS kopiuje samą siebie. „Diabelskie Machiny” to „Dary Anioła” w wydaniu steampunkowym, okraszone bardzo ubogą wiedzą pani Clare o XIX wieku. „Mroczne Intrygi” to „Dary Anioła” w wersji fem!Jace/male!Clary. Dorzćmy do tego całą masę historyjek o dupie Maryni, publikowanych tylko po to, by ściągnąć z fanów kasę przy jak najmniejszym wysiłku.


Czy poza tym, co wytykałam cały czas, tj. toksyczne relacje, nieznośni bohaterowie, brak poczucia czasu etc, mam z czymś problem? Nikogo chyba nie zaskoczy, że owszem.


Po pierwsze, o czym również wspominałam, jest zupełnie nieprzemyślana budowa świata. Cassie wrzuciła do swojego uniwersum dosłownie WSZYSTKO, nie mając żadnego pomysłu na to, jak w ogóle powinien ten świat funkcjonować jako całość. W późniejszych tomach pojawia się całe mnóstwo rzeczy, które z całą pewnością nie istniały w głowie ałtorki przy pisaniu pierwszego tomu – bo gdyby istniały, znacznie zmieniłyby fabułę. I nie, nikt nie każe pisarzowi mieć w głowie całego uniwersum, gdy zasiada do pisania pierwszego tomu, ale przydałoby się o tym świecie wiedzieć COKOLWIEK. Cassie nie ma bladego pojęcia i w sumie nic jej to nie obchodzi, a notatki ją gryzą po palcach. Jeszcze więcej błędów wynika ze zwyczajnej głupoty i naiwności ałtorki, bo nie wiem, jak inaczej nazwać takie kwiatki jak słynne „gdzie w tym mieście jest kryjówka wampirów?”, o galopującym kretynizmie Clave nie mówiąc.


Po drugie, jak wielu pisarzy YA, Cassie tak naprawdę nie pisze o nastolatkach. To znaczy tak, bo na tym etapie się zatrzymała pod wieloma względami, ale jej bohaterowie mają szesnaście lat jedynie na papierze. Nikt z nich się tak nie zachowuje, o ile nie jest leszczem w oczach autorki (Simon, Alec). Jace to największy babiarz na dzielni, choć nie tylko pochodzi z rasy znienawidzonej przez Podziemnych, ale jest też od 99% potencjalnych partnerek młodszy. Cassie, czy ty w ogóle widziałaś jakiegoś siedemnastolatka, odkąd sama skończyłaś tyle lat? Zwykle nie są seksowni dla kogoś, kto wyszedł z tego głupiego wieku, a powody są przeróżne. Delikatnie mówiąc, dobrze jest, jeśli w ogóle dbają regularnie o higienę osobistą. Ale prawdziwy temat rzeka to Isabelle. Ona ma szesnaście lat, a jest opisywana jako seksbomba, którą w dodatku zarówno Clary, jak i ałtorka (która sama wymyśliła podejście Izzy do seksu i płci przeciwnej), mają za dziwkę. Isabelle nie ma prawdziwej broni, ma bat typowej dominy. Isabelle ubiera się wręcz karykaturalnie. Wielokrotnie Isabelle interesują się w pełni dorośli faceci. Nie mówię, że takie dziewczyny nie istnieją. Pewnie że tak. Ale Clare ewidentnie nie widzi w swojej głowie dzieciaka, którego należy ogarnąć, a WŁAŚNIE TYM Izzy jest. Jacuś również. W tym wypadku po raz kolejny dużo lepiej sprawdza się serial, który postarza wszystkich bohaterów: te dwa-trzy lata różnicy naprawdę sprawiają, że człowiek widzi wiele kwestii inaczej.


Po trzecie, naprawdę nie trzeba dogłębnych interpretacji, by zauważyć poglądy autorki. W książce pojawia się JEDEN Latynos – bardziej stereotypowy byłby tylko z sombrerem i gigantycznym wąsem. Transwestytyzm służy jedynie za żart (ale kilka lat później nagle znajduje się miejsce dla postaci transseksualnej, niesamowite!; I tak, wiem, że to nie to samo, ale rozumiecie, o co mi chodzi, mam nadzieję). Pojawia się JEDEN gej – jest słaby, niepewny siebie, prawie umiera, ałtorka jeździ po nim jak po łysej kobyle. Faerie są biseksualne? Ałtorka stwierdza, że rzucają się na wszystko, co się nawinie. Magnus jest biseksualny (choć sądzę, że na ten moment Cassie widziała go raczej jako geja) – zachowuje się jak natrętny gej ze słabych kawałów, flirtując z niespełna osiemnastoletnim chłopakiem, który (jak zobaczymy) nie czuje się zbyt komfortowo z własną seksualnością. Dosłownie każda kobieta poza Eklerką i jej matką to zdzira bez godności, ew. zła harpia. Jak się uprzeć, nawet ten lamerski kąt w trójkącie to Żyd (choć jest to wspomniane ze trzy razy na całą sagę). Nie wspomnę o ciągłej pogardzie Nocnych Łowców dla każdego gatunku poza własnym – i, naprawdę, są w tym na tym samym etapie, na jakim byli w pierwszym rozdziale. Ani w książce, ani w całej serii, bohaterowie się nie zmieniają, nie dorastają, choć Cassie lubi udawać inaczej, wrzucając ich w pozornie coraz bardziej zróżnicowane środowisko, by sprawiać wrażenie Woke Queen.


I po czwarte – mam problem z ałtorką. Jak pisałam wielokrotnie, jestem obeznana z jej fanfikami, ale nigdy nie interesowałam się tym, co ona sama robi bądź robiła w sieci. A robiła wiele. Cassandra Clare to zwykła, agresywna dręczycielka obeznana z cyberbullingiem, mająca w dodatku czelność udawać, że nigdy nic takiego nie miało miejsca i produkować posty, jaki bulling jest zły i niewłaściwy. Dlatego też odwołują to, co napisałam zaledwie dwa odcinki temu. Piszcie na tę kobietę, co chcecie. Michalak to przy niej małe piwo.


Jeśli nie mam się powtarzać, to chyba wszystko, co mogę na ten moment napisać o „Mieście Kości”. Wymęczyła mnie ta książka przeraźliwie, a to dopiero początek rollercoastera. Nie znaczy to jednak, że się poddam! Zabawa dopiero się rozkręca, poza tym przed nami jeszcze materiały dodatkowe do pierwszego tomu. Czekajcie cierpliwie, bo lolcontentu nie zabraknie, podobnie jak materiału do facepalmów.


Na koniec chciałabym tylko podziękować każdemu czytelnikowi. Nawet jeśli się w czymś nie zgadzaliśmy, nawet jeśli czytacie w ciszy, to bardzo motywujące, mieć świadomość, że do kogoś trafia mój ciągnący się już rok rant na książki Cassandry Clare. Naprawdę nie spodziewałam się takiego odzewu, zakładając bloga. Dlatego, w drodze wyjątku, mam prośbę: nawet, jeśli zwykle nie komentujecie, czy moglibyście tym razem dać znak życia pod tym odcinkiem? Jestem po prostu ciekawa, ilu tak naprawdę mam czytelników.


Dziękuję i do zobaczenia!